środa, 12 lutego 2014

Rozdział Czwarty (II)

- Podjęłam decyzję. - powiedziałam, starając się brzmieć pewnie. Jednak jak na złość cała moja pewność siebie znikła. Zwilżyłam wargi, zachowałam się zbyt pochopnie. Ale co? Mam się teraz od tak rozłączyć?
- Tak? - odezwał się po chwili. Nie mówiłam nic. Boże, jak ja się teraz głupio czuję. Niech szlag trafi moją pochopność. - Miley? - znów usłyszałam jego ochrypły głos.
- Um... - podrapałam się po głowie. - Przepraszam. - westchnęłam. - Ja... Jednak to jeszcze przemyślę, wiesz? - dokończyłam z krótkimi przerwami. 
- Jasne, rozumiem. - przytaknął. - Ale wiesz? Nie chcę, abyś czegokolwiek żałowała, jeśli się zgodzisz. - oznajmił. Przygryzłam dolną wargę.
- Tak, wiem. - oparłam się o ścianę obok okna. - Po prostu to jest dość ważna decyzja. Muszę zostawić przyjaciół. To nie jest łatwe. - wzięłam głęboki wdech. Czemu tak się stresowałam tą rozmową? 
- Ale jeśli masz jakieś wątpliwości. - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- To nie tak! - pomachałam przed sobą wolną ręką. - Daj mi trochę czasu? Ok? Muszę się nad tym wszystkim na spokojnie zastanowić. Wyliczyć wszystkie za i przeciw... - dokończyłam krótkim westchnieniem. 
- Jasne. - przytaknął. - A i Miley... Miałabyś dziś wieczorem czas? - kompletnie zmienił temat, czym nieco zbił mnie z tropu. Przygryzłam wnętrze policzka. 
- A czemu pytasz? - odezwałam się dopiero po chwili. 
- Niedługo jeszcze pomieszkam w Nowym Jorku... Chciałbym skorzystać z jego licznych atrakcji, kubów... - wymienił jedno, co oznaczało, że tam właśnie chce się wybrać. Zaśmiałam się cicho, co odwzajemnił. 
- Ok. Myślę, że mam czas. - odparłam. Chris zwykle wracał od ojca późno... Z resztą mam dziewiętnaście lat, mogę sama wychodzić. 
- Świetnie, będę po ciebie o dziewiątej. - oznajmił. - Do zobaczenia, Mils. - pożegnał się, po czym usłyszałam trzy krótkie piknięcia, oznaczające przerwanie połączenia. 
Odsunęłam telefon od ucha i przyłożyłam do brzucha, na moją twarz wkradł się wielki uśmiech. To, co się dzieje... Cóż, nie jestem pewna czy to jest dobre, ale Justin jest kimś wyjątkowym, przynajmniej dla mnie. 


***

Kolejny raz przejechałam malinowym błyszczykiem po ustach. Poprawiłam dłonią rozpuszczone, lekko podtapirowane włosy. Na oczy nałożony miałam ciemny cień, lecz niezbyt wiele, rzęsy pokrywał tusz, a policzki lekko różowe były od różu. Siedziałam przed lustrem już od ponad czterdziestu minut, ale mogę z dumą powiedzieć, że opłacało się. Przygryzłam wnętrze policzka, podchodząc do szafy. Nie wybrałam jeszcze, co mam na siebie nałożyć, a do dwudziestej pierwszej została mi prawie godzina, więc w sumie miałam sporo czasu. Jak na mnie, to wyrobiłam się w sam raz. 
Przejechałam dłonią po ubraniach, które wisiały na srebrnej rurce, szukając czegoś odpowiedniego. Trochę mi to zajęło i po paru nieudanych próbach znalazłam ciemnozieloną sukienkę, kończącą się nad kolanem. Brokat i inne dodatki, dawały jej stylu odpowiedniego na imprezę w klubie, a pofalowany dół lekkości. Uśmiechnęłam się szeroko i i zdjęłam szeroką koszulkę oraz szorty, pod które wcześniej ubrałam już ciemną bieliznę. Nie minęły trzy minuty, a kreacja była już na mnie, gotowa.
Odetchnęłam z ulgą, widząc, że mam jeszcze pół godziny. Złapałam w dłoń parę ciemnozłotych szpilek i przeszłam do salonu, gdzie zostawiłam swojeho iPhone'a. Zerknęłam na jego wyświetlacz, na którym pojawiła się jedna wiadomości. Szybko ją odtworzyłam. 


Od: Chris xx

Myślę, że będę dopiero jutro. Przepraszam, uważaj na siebie. 


Przygryzłam dolną wargę, starając się powstrzymać kąciki moich ust od pójścia w górę, jednak wygrały. Cieszyłam się, że nie będę musiała się martwić, czy Chris będzie mnie szukał. Miałam to z głowy, tak jakby przeznaczenie. Schowałam urządzenie wraz z pieniędzmi do małej torebki, którą miałam zamiar zabrać ze sobą. Rozejrzałam się, czy wszystko mam i wyjrzałam przez okno. Justin stał oparty o czarne audi i stukał coś na ekranie swojego telefonu. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z mieszkania, zamknęłam drzwi. Droga windą dłużyła mi się niemiłosiernie, co chwilę ktoś wsiadał i wysiadał. Przyznam, mieszkam w sporym budynku, ale jakoś nigdy nie widziałam tutaj takiego ruchu o tej godzinie. 
Wreszcie zjechaliśmy na sam dół, spojrzałam na zegarek w holu: 20:58. Punktualnie. 
Chłodne powietrze uderzyło o moją rozgrzaną skórę, kiedy wyszłam na zewnątrz. Przejechałam dłonią po ramieniu i wyczułam wyraźną, gęsią skórkę. Starając się to zlekceważyć, podeszłam do szatyna. Podniósł wzrok, a mnie oblał rumieniec, kiedy przejrzał mnie od góry do dołu...dwa razy. Ukazał szereg zębów i zrobił krok w moim kierunku, łapiąc mnie w pasie. Przyznam, czułam się trochę niezręcznie, bo tutaj każdy wiedział, że jestem z Chrisem. Nie chciałam wyjść na jakąś zdradziecką szmatę, którą nie byłam, prawda? 
- Cześć. - szepnął, ochrypłym głosem.
- Hej. - odparłam, odsuwając się lekko. - Um. Zimno mi, możemy już jechać? - walnęłam prosto z mostu. Justin od razu kiwnął głową i otworzył mi drzwi od strony pasażera. To głupie, ale czułam się, jak księżniczka. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, obiegł samochód dookoła i zasiadł za kierownicą. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, jak jest ubrany. Ciemne, luźne jeansy, biała koszulka i czerwona bluza z podwiniętymi rękawami oraz tego samego koloru supry. 
- Ślicznie wyglądasz. - odezwał się, zerkając na mnie, a jednocześnie odpalając silnik. 
- Dzięki, ty też. Znaczy się ty świetnie, wyglądasz świetnie. - uśmiechnęłam się lekko, co odwzajemnił. 
Wyjechaliśmy na ulicę, Justin od razu przyśpieszył do 100km/h. Patrzyłam na licznik, a on ciągle szedł w górę. Zgrabnie mijaliśmy wszystkie auta. Złapałam się fotela, mając nadzieję, że szatyn nie zauważa, jak przeraża mnie ta przejażdżka. Nie to, żebym była jakaś strachliwa, ale miałam mały wypadek, kiedy byłam mała i uwierzcie, nie chciałabym tego powtórzyć. Mimo to nie mówiłam nic, więc w ciszy dojechaliśmy do jednego z większych klubów w nowym jorku. Otworzyłam szerzej oczy, widząc długą kolejkę do wejścia. 
- Przecież nie wejdziemy tam do rana. - jęknęłam, wychodząc z audi. Justin zachichotał. Popatrzyłam na niego pytająco. 
- Nie będziemy stali w kolejce. - wzruszył ramionami.
- Tak, a wejdziemy przez komin. - przewróciłam oczami, czego u kogoś nie znosiłam, ale siebie powstrzymać nie mogłam, tak wiem, hipokrytka ze mnie. 
- A czy ja wyglądam ci na Świętego Mikołaja? - spytał, rozkładając ręce i obracając się wokół własnej osi. 
- Czerwona bluza i buty, taki nowoczesny. - zaśmiałam się, on również. 
- Ale to nie gwiazdka, a my wejdziemy przez tylne drzwi. - oznajmił, kładąc mi rękę na złączeniu pleców i tyłka, lekko pociągnął za sobą w kierunku zaplecza. 
- Drzwi tylne przeważnie są zamknięte. - powiedziałam, jakby to było najbardziej oczywiste, bo było. 
- Są. - przytaknął.
- Nie rozumiem. - zmarszczyłam czoło, patrząc na niego z dołu, ponieważ był wyższy ode mnie. Pokręcił z rozbawieniem głową, ale już nic nie powiedział. 
Zatrzymaliśmy się przed metalowymi drzwiami. Założyłam ręce na piersi, czekając na to, co zrobi. Szatyn wyszedł po trzech niskich spodkach i zapukał, a po chwili usłyszałam głośną muzykę.
- Siema, stary! - ze środka wyłonił się ciemnoskóry chłopak i od razu zamknął Justina w niedźwiedzim uścisku. 
- Cześć, cześć. - poklepał go kilka razy po plecach. - Wpuścisz nas, nie? - spytał, zerkając na mnie, ah, więc to tak.
- Jasne, nie ma sprawy, wchodźcie. - uśmiechnął się, wystawił do mnie rękę, kiedy stanęła naprzeciwko. - Jacob. - przedstawił się.
- Miley, miło mi. - odwzajemniłam jego gest.
- Bawcie się dobrze, ja wracam do roboty. - oznajmił, kiedy weszliśmy już do środka. Pomachał nam, oddalając się.
- Dzięki! 
Ponownie poczułam dużą dłoń na dole swoich pleców, popychającą mnie w kierunku muzyki. Jeszcze nigdy nie byłam w tym klubie. Wokoło były obściskujące się pary, głośno rozmawiające grupki, w sumie jak w każdym klubie. Przeszliśmy przez duży łuk. Tutaj zabawa trwała w najlepsze. 

(Kto chce może włączyć: http://www.youtube.com/watch?v=qdJicpjitMM )

Jak zwykle cały klub był zapełniony poruszającymi się w rytm muzyki ciałami. Skąpo ubrane dziewczyny sprawiały wrażenie, że odstaję w moim stroju od reszty. Przygryzłam wargę, widząc jak trzech spoconych mężczyzn obmacuje jakąś nastolatkę. Byłam pewna, że nie jest pełnoletnia, cholera, kto ją tu wpuścił. 
Chciałam przyjrzeć się jeszcze pozostałym uczestnikom imprezy, ale poczułam, jak Justin ciągnie mnie w stronę baru, podążyłam za nim. Oparł się o blat i spytał, co chcę czekając na kelnerkę. 
- Nie wiem, wybierz coś. - wzruszyłam ramionami. W końcu kolejna skąpo ubrana kobieta stanęła przed szatynem. Widać było, że jej się podoba, ale na szczęście on nie był zainteresowany. Na szczęście? 
Dość szybko wykonała nasze zamówienia i podała je chłopakowi, który jedną szklankę podał mi. Wypełniona ona była niebieską substancją i ozdobiona plastrem cytryny. Zbliżyłam do niej nos i poczułam silny zapach alkoholu. Nienawidzę alkoholu. 
- To nie jest takie mocne. - zaśmiał się, widząc moją minę i wypił całą zawartość swojego drinka na raz. Patrzyłam na niego z uchylonymi ustami. Jednak po chwili wystawiłam język i zamoczyłam go w substancji, która o dziwo była całkiem smaczna, jak na razie. Zwilżyłam usta i wzięłam mały łyk. Od razu poczułam pieczenie w gardle. Nie trudno wam zgadnąć, że mało piłam, prawda? - I jak? 
- Całkiem niezłe. - przyznałam i kolejny raz pieczenie po krótkim łyku. Moje ciało przeszedł dreszcz, ale jak to mówiła Ashley - co to za impreza bez procentów. 
- Zatańczysz? - odezwał się po chwili, schylając wpół pasa, jak jakiś książe. Ught, co ja mam z tymi książętami i księżniczkami? 
- Jasne. - przytaknęłam, odstawiając szklankę na blat. Justin złapał moją dłoń i zaciągnął mnie na środek klubu. Stanął naprzeciw mnie i położył sobie moje ręce na szyi, swoje umieszczając na mojej talii. Zaczęłam poruszać się w rytm muzyki, a kiedy wczułam się już kompletnie, odwróciłam się i zaczęłam kołysać biodrami lekko pocierając o jego brzuch i... nieco niżej. Chyba mu się to spodobało, bo położył dłonie na moim brzuchu, a brodę na ramieniu, dopasował swoje ruchy do moich. Chwilę tak kołysaliśmy się, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co wokół nas. 
- Justin! - krzyknęłam, próbując przebić głośną muzykę. - Muszę do ubikacji! - dodałam, zachichotał i wypuścił mnie ze swoich objęć. 
- Tam. - pokazał palcem na neonowy znak wskazujący ubikacje. - Ja pójdę jeszcze coś zamówić. - oznajmił, na co skinęłam głową i ruszyłam przez tłum, starając się lekceważyć macające mnie dłonie. 

***

Otworzyłam drzwi kabiny, podeszłam do umywalki i umyłam ręce. Spojrzałam w lustro, nie wyglądam źle, może trochę czerwona. Poprawiłam usta błyszczykiem i opuściłam pomieszczenie. Do łazienki prowadził długi korytarz, na którym teraz było pusto, tylko jedna osoba stała po boku i stukała coś na swoim telefonie. Westchnęłam i ruszyłam przed siebie, ku moim obawom, nieznajomy zagrodził mi drogę. 
- Cześć. - rzucił obojętnie. Nie odpowiedziałam, chciałam go wyminąć, ale skutecznie zagrodził mi drogę. - Odpowiadaj, jak do ciebie mówię. - syknął, łapiąc mnie za rękę poniżej łokcia. 
- Puść mnie i daj mi przejść. - warknęłam, próbując się wyrwać, jednak byłam zbyt słaba. Przygryzłam wnętrze policzka. - Odwal się ode mnie, ok?! - nieco podniosłam głos, co chyba mu się nie spodobało, ba, na pewno. Pewnym gestem przygwoździł mnie do ściany i przylgnął do mnie swoim ciałem, mogłam poczuć każdy mięsień jego brzucha. 
- Nie tym tonem, skarbie. - uśmiechnął się zadziornie, odwróciłam twarz, czując od niego alkohol. - No co? - mruknął, wciskając dłonie na mój tyłek. - Zabawa? - zaśmiał się, podnosząc moją sukienkę.
- A czy ja wyglądam ci na dziwkę?! - syknęłam, po czym nadepnęłam mu na stopę. Momentalnie ode mnie odskoczył.
- Ty suko! - krzyknął i podniósł rękę, zamknęłam oczy, a po sekundzie poczułam silny ból na policzku. Oczy same zaszły mi łzami. Ale przetarłam je szybko, nie chcąc płakać przy nic, publicznie. Jednak kiedy uchyliłam powieki, nie widziałam nikogo przed sobą. Rozejrzałam się i zakryłam usta, widząc Justina siedzącego na nieznajomym. Bez zahamować obkładał jego twarz, brzuch, dosłownie wszystko. Dłonie miał we krwi, która jak zgaduję należała do bruneta. Przez chwilę byłam w szoku, ale wreszcie dotarło do mnie, co się dzieje. Jednak zanim zdążyłam zareagować szatyn oberwał pięścią nad okiem i upadł na ziemię, teraz role się zamieniły. 
- Zostaw go! - pisnęłam, podbiegłam do nich, ale natychmiast zostałam odepchnięta, uderzyłam o ścianę.
- Zapierdolę cię! - usłyszałam głośny krzyk, Justin wpadł w furię, dosłownie. Zaczął uderzać przeciwnikiem o ścianę, podduszać go. 
- Stop! Justin! Zabijesz go! Udusisz! Uspokój się! - zaczęłam ciągnąć za jego podkoszulkę. - Proszę cię, Justin. Zabijesz go, błagam. - mówiłam już płaczliwym głosem. - Justin! - wrzasnęłam na całe gardło i dopiero to zadziałało. Spojrzałam na bruneta, jego twarz była cała we krwi, wyglądał o wiele gorzej niż Justin. - Wystarczy... - szepnęłam, ciągnąc go za rękę. Posłusznie ruszył za mną, nie odrywając wzroku od tamtego kolesia. 
Nie wierzę w to, co właśnie się stało. Rozumiem, że był zdenerwowany, ale... on mógł go zabić. Gdybym wtedy nie zareagowała... Nie pomyślałabym, że jest zdolny do czegoś takiego. Przyznam - przeraziło mnie to. Jest agresywny? Jakoś nigdy tego nie wykazał. A tak... Musiał udawać, żeby... Płyta, magazyn. Nie, nie. To przeszłość. Moje oczy ponownie zaszły łzami na natłok wspomnień. Moja klatka piersiowa unosiła się nienaturalnie szybko. Wzrok wszystkich był skierowany na mnie i Justina, ale nie przejmowałam się tym teraz, wspomnienia... 

- Ty naprawdę uwierzyłaś w szczerą miłość, prawda? - spytał po chwili. Nie odpowiedziałam. Chyba sama przed sobą wstydziłam się tej odpowiedzi.  - To żałosne. Naprawdę nie zauważyłaś, że on miał cię tylko wykorzystać? Gdyby zrobił swoją robotę, tak...jak miał zrobić, nie marnowałbym swojego czasu. - każde kolejne słowo wbijało nóż w moje serce.

Pokręciłam głową, jakby chcąc wyrzucić z niej wszystkie tymczasowe myśli. To przeszłość, przeszłość, pieprzona przeszłość. Teraz jest teraz. 

***
Wyciągnęłam z torebki odpowiedni kluczyk i otworzyłam drzwi. Od razu wraz z Justinem skierowaliśmy się do łazienki. 
- Usiądź. - wskazałam na stołek, który stał w koncie pomieszczenia. 
Szatyn posłusznie wykonał moje polecenie, kiedy ja sięgnęłam pod umywalkę po apteczkę, która na szczęście tam była. Westchnęłam, otwierając ją. Cały czas czułam na sobie jego wzrok, który wypalał we mnie dziurę. Ale nic nie mówił, kompletnie nic.
Podeszłam do niego i nachyliłam się, aby mokrym ręcznikiem wytrzeć krew z jego twarzy. Starałam się zrobić to jak najdokładniej i najmniej bolesny, bo choć jego wyraz twarzy nie wyrażał nic, wiedziałam, że jednak odczuwa ból. Przygryzłam wargę, przyciskając mokrą tkaninę do innego rozcięcia. Przed oczami cały czas miałam tą walkę, jak Justin bez jakichkolwiek pohamowań uderzał w twarz tamtego bruneta. Nie obchodziło go w tamtej chwili, że może mu zrobić coś poważnego, a nawet zabić, jakby był w jakimś amoku. Nie sądziłam, że do tego stopnia ktokolwiek może stracić panowanie nad sobą, jednak najwidoczniej jest to możliwe. 
- Dlaczego tak się uśmiechasz? - mruknęłam, widząc jak kąciki jego ust unoszą się ku górze. Naklejałam właśnie już drugi opatrunek. 
- Rok temu też byliśmy w łazience, z tego samego powodu, pamiętasz jak to się skończyło? - oznajmił, a ja poczułam motylki w brzuchu. Tak... Pierwszy raz pocałowaliśmy się. 
- Tak. - odparłam obojętnie, za włosami starałam się ukryć zaczerwienione policzki. Justin pewnym ruchem dotknął jednego z nich wierzchem swojej dłoni, która aktualnie była trochę pobrudzona krwią. 
- Lubię, kiedy się rumienisz. - szepnął, a ja wymusiłam na sobie słaby uśmiech. - Jesteś na mnie zła? - uniósł brwi, w wyniku czego na jego czole powstało kilka zmarszczek. Nie odpowiedziałam, po prostu dalej robiłam, to co wcześniej. - Miley... - mruknął zniecierpliwiony, a ja westchnęłam i odsunęłam się od niego. 
- Mogłeś go zabić. - powiedziałam ledwo słyszalnie. Szatyn przez chwilę siedział w bezruchu, po czym w jednej chwili wstał i stanął przede mną.
- Przestraszyłem cię? - spytał, ale co miałam powiedzieć? Tak, Justin, przestraszyłeś mnie, bałam się, jak nigdy, ciebie. Nie, milczałam. - Przepraszam, ale co miałem zrobić? - wzruszył ramionami.
- Nie musiałeś od razu go atakować. - warknęłam, odwracając wzrok na lustro, w którym się odbijaliśmy. Justin był o wiele wyższy ode mnie, stał jakieś pół metra przede mną i nie odrywał wzroku od mojej twarzy. 
- Daj spokój, nic mu się nie stało, jestem pewien, że nie raz dostał po mordzie. - uśmiechnął się pocieszająco, ja jednak nie odwzajemniłam tego gestu. - Poza tym... mnie też się dostało, o mnie się nie martwisz. - wypchnął dolną wargę, robiąc minę zbitego szczeniaczka. Czy jego naprawdę nie obchodziło, do czego mogło tam dojść, gdybym go nie powstrzymała?
- Porównaj sobie, co ty zrobiłeś jemu,a  co on tobie. Jest różnica, prawda? - spojrzałam na niego, unosząc lekko jedną brew.
- Naprawdę będziesz się o to na mnie obrażać? Grunt, że tobie nic się nie stało. 
Znowu milczałam, jak nigdy nie wiedziałam dziś, co mam powiedzieć. Wiem, że mnie bronił, ale... 
Moje przemyślenia przerwały usta, które spoczęły na moich. Justin uśmiechnąć się przez pocałunek, czując, jak go odwzajemniam. Położyłam obie dłonie na jego klatce piersiowej, cały czas czując przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Jego ręce natomiast objęły moją talię, przyciągając mnie bardziej do siebie, w ten sposób między naszymi ciałami nie został ani milimetr odstępu.
Szybko przerwałam pocałunek, słysząc odgłos otwieranych drzwi. - Chris. Moje serce podwoiło swoją pracę. Miał wrócić rano, dlaczego jest tak wcześnie. Spojrzałam na zegarek: 23:04. Kroki w naszym kierunku stawały się coraz głośniejsze, zerknęłam na Justina. Patrzył na mnie zdezorientowany, nie wiedział, co się dzieje. Ja nie mogłam się ruszyć, tak jakbym przykleiła się do podłogi. Drzwi łazienki otworzyły się.
- Miley, jest... - zaczął, ale przerwał widząc mnie i szatyna. Zdziwienie od razu wkradło się na jego twarz. Wzięłam głęboki wdech, czekając na to, co zaraz się stanie. - Co on tu kurwa robi?! - warknął, przeczesując swoje gęste włosy. 
- Chyba co ty robisz tutaj. - splunął w odpowiedzi Justin. Zasłoniłam usta dłonią, nie, nie, nie, nie. 
- Wydaje mi się, że mieszkam. - odparł, a jego głos przesiąknął ironią. Co chwilę zerkałam na ich obu. Patrzyli na siebie wrogo, co robić? 
- Chris... - szepnęłam, nie mogąc wydobyć z siebie nic więcej. 
- Nie Chris, tylko co on tutaj robi? Mówisz, że mam się nie martwić, nie być zazdrosnym, a wracam do domu i kogo zastaję w łazience? Tego skurwysyna! - podniósł głos, co oznaczało, że jest naprawdę zły, on rzadko krzyczał.
- Jedynym skurwysynem tutaj, jesteś ty. - w tej chwili chciałam po prostu zapaść się pod ziemię, zniknąć i nie musieć na to patrzyć. 
- Zamknij się, nie mówię do ciebie. - przygryzłam wnętrze policzka na tyle mocno, że poczułam w ustach metaliczny smak krwi. 
- To nie tak jak myślisz...  - mój głos był słaby, ledwo co wydobyłam z siebie to zdanie przez gulę, która z sekundy na sekundę rosła w moim gardle. 
- A jak? Wytłumaczysz mi, huh? - uniósł w zdenerwowaniu ręce, która po sekundzie opadły wzdłuż jego ciała.
- Ta, też chciałbym wiedzieć. - wtrącił Justin. Uchyliłam usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Spuściłam wzrok, zastanawiając się, co powiedzieć. 
- Justin, Chris to mój... mój chłopak. - powiedziałam ledwo słyszalnie. - Byłam z Justinem w klubie i... no... zaprosiłam go tutaj. - dokończyłam, jąkając się.
 Pierwsze na co, a raczej kogo spojrzałam, to szatyn. Patrzył na mnie pustym wzrokiem, który wywołał silny uścisk w moim żołądku. Oczy natychmiast zaszły mi łzami, ale nie mówiłam nic, czekałam, aż on coś powie. Zamiast tego ruszył w kierunku drzwi i wyszedł, po prostu wyszedł. Słona ciecz już swobodnie spływała po moich policzkach. 
- Ju-Justin. - wyszeptałam. 
Szybko otarłam swoje policzki, zastanawiając się co zrobić. Zostać tutaj czy biec za nim. I nie minęło 5 sekund, kiedy już byłam za drzwiami. Te wejściowe były otwarte, jak najszybciej tylko mogłam wybiegłam z mieszkania. Zrezygnowałam z windy, zanim dojechałaby na górę, Justin dawno poszedłby w swoją stronę. 
- Kurwa. - szepnęłam do siebie, zbiegając po schodach. 
Nie czułam zmęczenia, co dziwne, bo nigdy nie byłam dobra z wf'u. W tej chwili myślałam tylko o tym, aby zbiec na dół i znaleźć Justina. Nic innego się w te chwili nie liczyło. Obraz przede mną cały czas rozmazywał się przez napływ nowych łez, ale jakoś udało mi się dotrzeć na parter. Rozejrzałam się dookoła, wybiegłam przez drzwi, a w oczy od razu rzuciła mi się czerwona bluza oraz supry szatyna.
- Justin! - krzyknęłam, ale nie zatrzymał się. - Justin! - powtórzyłam, coraz bardziej się do niego zbliżając. - Stój. - powiedziałam błagalnym głosem, stając przed nim. - Przepraszam. - cisza. Stał ze wzrokiem wlepionym w chodnik. - Przepraszam cię, Justin. To nie tak, jak myślisz, naprawdę. - starałam się mówić wyraźnie, ale gula w gardle skutecznie mi to utrudniała. 
- A jak? Wcale nie jest tak, że robisz mi szanse, będąc w związku z innym kolesiem? Wcale nie robisz mnie w chuja, mówiąc, że może pojedziesz ze mną? - splunął, a jego głos przesiąkł gniewem. Przetarłam dłonią twarz. 
- To nie jest normalny związek, rozumiesz? Ja go nie kocham. - szepnęłam, czując, że zaraz wybuchnę głośnym płaczem. 
- O, widzę, że lubisz robić naiwniakom szanse. - zaśmiał się ironicznie. Zabolało, cholernie bolały mnie jego słowa. Za kogo on mnie uważał? Za sukę, która wykorzystuje innych?
- Ja, po prostu... - nie wiedziałam, co powiedzieć. - To nie tak, że ja... Ja nie chciałam, nie chciałam go zranić. - wydukałam, niemal dławiąc się łzami. - To na tobie mi zależy. - dodałam po chwili.
- I mnie też wcale nie chciałaś wykorzystać, prawda? W ogóle. - nie dało się tutaj nie wyczuć sarkazmu, każde jego słowo, aż kipiało od niego. Przygryzłam wnętrze policzka. 
- Nie, nie chciałam. - odparłam. - Chcę z tobą jechać, wiesz? Chcę, bardzo. - mówiłam zgodnie z prawdą. - Ale boję się, boję się, że mnie zostawisz, a ja wtedy stracę wszystko. 
- No to popatrz, jak ułatwię nam życie. Teraz ja sam nie chcę, żebyś ze mną jechała. Nigdy nie chciałem cię wykorzystać ani zranić. - mruknął, po czym szybko wyminął mnie i zniknął za rogiem, a ja poczułam jak słona ciecz spływa po mojej twarzy. 
Otarłam łzy wierzchem dłoni i ruszyłam przed siebie. Nie zwracałam uwagi teraz na to, jak wyglądam, a na pewno nie był to zbyt piękny widok. Wlokłam się powoli między jakimiś alejkami, martwiło mnie tylko jedno: nigdy więcej nie zobaczę Justina? Dopiero co go odzyskałam, a już musiałam coś spieprzyć. Widocznie nie jest mi pisane z nim być. Jednak kiedy nie ma go przy mnie, czuję pustkę. Zorientowałam się, że tak jest dopiero, kiedy wrócił. Tak jakbym straciła coś ważnego, bez czego nie mogę normalnie funkcjonować. To dziwne, ale tak właśnie jest. I myślę, a nawet wiem, że kocham go. Kocham go i chcę jechać z nim wszędzie, byle nie czuć znów tego, co przez ostatni rok, kiedy był w więzieniu. Nie wytrzymam dłużej. 
Moje przemyślenia przerwał odgłos otwierających się drzwi samochodu. Kiedy zerknęłam w tamtą stronę, zauważyłam dwóch ciemno ubranych mężczyzn. Moje serce przyśpieszyło i już miałam przyśpieszyć kroku, kiedy poczułam, jak ktoś łapie mnie w pasie i ciągnie do tyłu. Chciałam krzyczeć, ale moje usta przykryła jakaś tkanina. Po chwili moje powieki zaczęły opadać, nie miałam na nic siły i jedyne co chciałam teraz to spać, spać, spać, spać...

***

- Obudź się. - usłyszałam niewyraźny męski głos, a tuż po chwili ciecz spływającą po mojej twarzy, włosach i ramionach. - No dalej, wstawaj, księżniczko. - zaśmiał się. Uchyliłam powieki, z początku nie wiedząc co się dzieje. - Nareszcie. - westchnął. Chciałam przetrzeć twarz, ale coś unieruchomiło moje ręce. Zaczęłam nimi poruszać, starając się je uwolnić, ale nie udało mi się. 
- Gdzie ja jestem. - wymruczałam, ledwo słyszalnie, na co odpowiedział mi głośny śmiech. Śmiech, który przeraził mnie. Gdzie ja do cholery jestem?!
- Nieważne gdzie, ważne dlaczego. - poklepał mnie po policzku, dopiero teraz się rozbudziłam. 
Rozejrzałam się po ciemnym pomieszczeniu, które oświetlała jedynie mała żarówka, widząca na cienkim łańcuszku. Przede mną stał wysoki, łysy mężczyzna, a za mną drugi, trochę mniej umięśniony brunet. 
- Co się dzieje? - krzyknęłam przestraszona, widząc, że moje ręce związane są grubym sznurem, podobnie do moich nóg. - O co chodzi? - zaczęłam się wiercić, jednak przestałam, czując pieczenie na policzku.
- Uspokój się, kurwa. - splunął mięśniak, kucając przede mną. - Zaraz się wszystkiego dowiesz. - oznajmił, a chwilę później do pomieszczenia wszedł kolejny facet, myślę, że miał nie więcej jak 25 lat, choć wyglądał bardzo poważnie. 
- Obudziła się nasza śpiąca królewna. - uśmiechnął się, poprawiając swój czerwony krawat. - Wyspałaś się? - spytał, jakby w ogóle go to obchodziło. Nie odpowiedziałam. - Odpowiadaj mi, jak do ciebie mówię. - dodał ostrzej, szybko pokiwałam głową. - Wiesz, czemu tu jesteś? - spytał już delikatniej.
- Nie... - mruknęłam, poruszając dłońmi. Na nic, węzeł był zbyt mocny.
- Kojarzysz pana Justina Bieber'a? - jak na zawołanie w mojej głowie pojawiły się wspomnienia z wieczoru, choć nie wiem, co mieliśmy teraz, w pomieszczeniu nie było okien. 
- A co to ma do cholery wspólnego z tą sprawą?! - warknęłam i od razu tego pożałowałam. Ponowne pieczenie na policzku. Przymknęłam powieki, blokując napływające do nich łzy.
- Radzę ci odzywać się grzeczniej, bo może być niemiło. - oznajmił sztucznie miłym głosem.
- Jakby teraz było... - szepnęłam sama do siebie.
- Więc wiem, że go znasz. Wypuścimy cię, jeśli tylko zadzwonisz i zaprosisz go do nas. - wyjaśnił. Uniosłam brwi. O co tu do cholery chodzi? Na co im Justin?

- Nadal nie powiedziałeś mi, dlaczego masz wyjechać i czemu niby miałbyś mnie narażać? - pytałam dalej. Musiałam, bo chciałam to wszystko zrozumieć. 
- Cholera, Miley. - podniósł się szybko z kanapy i złapał za kark. - Naprawdę nie rozumiesz? Mam teraz przejebane. On zna wszystkich w tym mieście i nie podda się, póki mnie nie załatwi, nieważne czy siedzi za kratkami czy nie. - oznajmił, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć.

Teraz mnie obchodziło. Oni chcą "załatwić" Justina. Dlatego nie chciał mnie narażać. 
- A jeśli nie zadzwonię? - odezwałam się po dłuższej chwili, na co ten uniósł kąciki swoich ust. 
- Zadzwonisz. - odparł z pewnością siebie. 
- Skąd ta pewność? 
- Chłopcy, możecie nas na chwilę zostawić? - zwrócił się do tamtych, a ci posłusznie opuścili pomieszczenie, zamykając drzwi. Podszedł do mnie i kucnął. Od razu poczułam mocny odór wody kolońskiej i papierosów. - Jesteś bardzo ładną dziewczyną, Miley. - uśmiechnął się do mnie, przechylając lekko głowę. - Szkoda by było, gdyby ktoś zrobił ci krzywdę. - dodał, przejeżdżając opuszkami palców po moim policzku. Szybko odwróciłam głowę.
- Zostawcie mnie w spokoju. - jęknęłam, przypominając sobie, co stało się wtedy w magazynie. 
- Jeśli tylko zadzwonisz do Justina, jesteś wolna. - odpowiedział.
- Nie zrobię tego. - od razu zaprzeczyłam. 
- Oj Miley, Miley... - westchnął, kładąc dłoń na moim udzie. 
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam, przez co wbił palce w moją skórę. Skrzywiłam się z bólu. - Proszę... - dodałam płaczliwym głosem, ale to nic nie pomogło. 
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo chcę cię teraz przelecieć. - oznajmił, jakby to było najnormalniejsze zdanie na świecie. Poczułam ukłucie w brzuchu i strach. - Niestety nie mam czasu... na razie. - dokończył, wreszcie zabrał ode mnie te łapy. - Ale wrócimy do tego, obiecuję. - kolejny chytry uśmieszek skierowany w moją stronę, podniósł się i kolejny raz poprawił swój krawat. - Do zobaczenia. - skinął na mnie głową i wyszedł, usłyszałam, jak zamyka drzwi na dwa zamki. 
Spojrzałam w dół na swoje udo, na którym widniało pięć zaczerwień, każde na jeden palec. Już nie kontrolowałam płaczu, połykałam słone łzy, starając się być jak najciszej, nie chciałam, aby mnie usłyszeli. W co ja się wpakowałam? Co teraz robić? Jak uciec? Tyle pytań...

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział Trzeci (II)

Czytasz = komentujesz
_____________________________________

Położyłam dłonie na ręce, która spoczywała na moich ustach i desperacko próbowałam się jej pozbyć. Wierciłam się i kopałam, na próżno. Nie wiem ile czasu trwałam już w tym żelaznym uścisku. Może parę sekund, minut, które dłużyły mi się w wieczność. Zdziwił mnie fakt, że On nic nie robił. Stał i trzymał mnie w miejscu, jakby czekając, aż się uspokoję. Przymknęłam oczy i opuściłam ręce wzdłuż swojego ciała, miałam nadzieję, że nic mi się nie stanie.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię. - szepnął mi tuż nad uchem, a ja tylko skinęłam głową, przełykając ślinę. - Jeśli cię puszczę, nie uciekniesz? Nie zaczniesz krzyczeć? - spytał trochę głośniej. Uchyliłam powieki, spod których wydostało się parę łez.
- Y-y. - wybełkotałam, kręcąc głową. Nie musiałam długo czekać, kiedy dłoń "zeszła" z mojej twarzy. Zaczerpnęłam powietrza, pomimo że jego dostęp wcale nie został mi ograniczony. Odwróciłam się i po prostu zamarłam. Uchyliłam usta, patrząc na szatyna, który stał przede mną z lekkim uśmiechem. Przygryzłam wnętrze policzka, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Cześć, Miley. - powiedział tym swoim ochrypłym, tak jakby zaspanym głosem. Dopiero teraz zaczęłam zastanawiać się, jak mogłam go nie rozpoznać.
- Justin. - niemal jęknęłam i nie kontrolując własnego ciała, rzuciłam się na chłopaka. Zawiesiłam mu się na szyi, maksymalnie zmniejszając odległość między nami. Kiedy nasze ciała się stykały, zdawało się, że pasują do siebie idealnie. Dopiero po chwili odsunęłam się i spojrzałam w te czekoladowe oczy. Poczułam to uczucie w brzuchu, te motylki. Justin ujął moją twarz w dłonie i zaczął jeździć kciukiem po moim policzku, które znając mnie - rozpalał rumieniec. Zaczęłam podążać za jego wzrokiem, który zatrzymał się na moich ustach. Zbliżył się do mnie i pewnym ruchem złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, który bez wahania odwzajemniłam. Nawet nie musiał czekać na pozwolenie, ponieważ od razu rozchyliłam usta, a jego język wślizgnął się do moich ust, zaczynając walkę o dominację. Tak dawno się z nim nie widziałam, już prawie zapomniałam jakie to uczucie... Jak jego wargi współgrają z moimi.
Nagle w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka - Chris. Odsunęłam się od Justina w miarę delikatnie, aby go nie urazić. Ani na chwilę nie puszczając mojej twarzy, oparł swoje czoło o moje i mocno zacisnął powieki.
- Boże, jak ja za tym tęskniłem. - mruknął, a ja mimowolnie uśmiechnęłam się szeroko. Mi też tego cholernie brakowało. W pocałunku Justina było coś innego, coś wyjątkowego. Coś, czego tak naprawdę nie potrafię za bardzo wyjaśnić. 
Staliśmy tak chwilę, a w mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań. Nie miałam pojęcia, od którego zacząć. 
- Po co ta cała szopka? - spytałam niepewnie, przygryzłam dolną wargę. Szatyn odsunął się ode mnie i oparł o mur, wzdychając. 
- To... dość skomplikowane. - odparł, przejeżdżając dłońmi po włosach i pociągając za ich końce. 
- Dlaczego wtedy przede mną uciekałeś, skąd wiedziałeś, że będę w centrum? - wyrzuciłam z siebie, a on tylko przygryzł dolną wargę i spuścił wzrok. - Huh? - ponagliłam go. 
- Nie wiedziałem. - wzruszył ramionami. - Nie chciałem cię narażać... Poza tym nie wiedziałem czy zostanę na dłużej. - odparł, tworząc w mojej głowie nowe pytania. Narażać mnie? 
- Jak to? - zmarszczyłam nos, czekając na wyjaśnienia. Dlaczego on tak wszystko omijał. Jakby nie chciał mi powiedzieć czegoś ważnego. 
- Możemy porozmawiać o tym, gdzie indziej? - zaproponował, na co po chwili skinęłam głową. - Mieszkam niedaleko. - oznajmił i odeszliśmy w ciszy w stronę jego mieszkania. Biorąc pod uwagę, że ja całą drogę zastanawiałam się nad wszystkim, o co chcę zapytać, on może myślał nad odpowiedziami. Mam nadzieję, że wszystko mi wyjaśni. 

Justin otworzył drzwi, wpuszczając mnie przodem do środka. Rozejrzałam się po małym, ale przytulnie urządzonym mieszkaniu. Po lewej stronie znajdowała się kuchnia, oddzielona od reszty pomieszczenia blatem, przy którym stały trzy wysokie krzesła barowe. Po prawej był salon i mini biblioteczka, wyposażona w zaledwie cztery książki. Wszystko utrzymane w ciemnych kolorach, sprawiało, że mieszkanie stawało się męskie. Podeszłam do komody, na której stało zdjęcie w ramce, przedstawiające Justina z jakimś chłopakiem. Szatyn miał pod pachą piłkę do kosza, a drugą ręką obejmował kolegę. 
- To Kevin. - oznajmił, kiedy zauważył, na co patrzę. - Mój przyjaciel z rodzinnego miasteczka. - dodał po chwili.
- Więc nie jesteś stąd? - spojrzałam na niego.
- Nie. - pokręcił przecząco głową. - Jestem ze Stratford. - uśmiechnął się. - Chcesz może coś do picia? Jesteś głodna? - spytał, przechodząc do kuchni. 
- Nie, nie. Dzięki. Mieliśmy o czymś porozmawiać. - przypomniałam mu, na co kolejny raz westchnął, ale uśmiech nie schodził z jego idealnej twarzy. 
- Owszem. - skinął głową. - Usiądź. - wskazał na brązową kanapę. - Nie mogę zostać w Nowym Jorku, Miley. - wyrzucił z siebie.
- Dlaczego? 
- Kiedy zobaczyłem, co ten popierdoleniec zrobił tobie i Ashley. - zrobił krótką pauzę. - Nie chciałem, aby spotkało to kogokolwiek innego. - dodał, a ja przygryzłam wargę na wspomnienie tamtego mężczyzny, wbijającego Ashley nóż w udo. Po moim ciele przeszedł dreszcz. - Kiedy byłem przesłuchiwany... Powiedziałem wszystko, co tylko wiedziałem, aby do pierdla poszli wszyscy, którzy z nim współpracowali, a on gnił tam do śmierci. - zakończył, po czym podniósł wzrok.
- Dlaczego mu pomagałeś? - przygryzłam wnętrze policzka.
- Groził mi, a właściwie mojej siostrze. - odparł, a ja zauważyłam, że zaciska dłoń. Tak mało o nim wiedziałam...
- Nadal nie powiedziałeś mi, dlaczego masz wyjechać i czemu niby miałbyś mnie narażać? - pytałam dalej. Musiałam, bo chciałam to wszystko zrozumieć. 
- Cholera, Miley. - podniósł się szybko z kanapy i złapał za kark. - Naprawdę nie rozumiesz? Mam teraz przejebane. On zna wszystkich w tym mieście i nie podda się, póki mnie nie załatwi, nieważne czy siedzi za kratkami czy nie. - oznajmił, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. - Co robiłaś w takiej dzielnicy o tej godzinie? - odezwał się po dłuższej chwili ciszy. 
- Pokłóciłam się z chł... kolegą. - szybko się poprawiłam, w sumie nie wiem, dlaczego chciałam to ukryć przed Justinem. 
- Co za kutas zostawił cię tutaj? - zaśmiał się, choć dla mnie nie było tu nic śmiesznego. 
- Nie jest kutasem. - mruknęłam. - Wołał mnie, ale ja nie chciałam z nim jechać. - przewróciłam oczami. 
- Oczywiście. - nie ukrywał sarkazmu, którym przesiąkło to jedno słowo. 
- Kiedy musisz wyjechać? - spytałam, choć nie jestem pewna, czy chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. Dopiero co się z nim zobaczyłam po roku i już mamy się pożegnać? 
- Nie wiem, ale niedługo. Za parę dni. - odparł cicho, a ja tylko kiwnęłam głową. - Miley... Jedź ze mną, proszę. - wypalił, a ja uchyliłam usta.
- Co? 
- Wiem, że to co zrobiłem było złe. - powiedział podchodząc do mnie i złapał moje dłonie. - Ale przez te parę dni, kiedy byłem z tobą, zauważyłem, że jesteś piękna, zabawna. - kontynuował, pocierając kciukiem moją skórę, tworząc na niej gęsią skórkę. - Miła, troskliwa, uparta. - zachichotał słodko, a moje serce robiło się większe z każdym słowem. - Odważna, kochana, cudowna. - zrobił przerwę. - Dla mnie idealna i... - oblizał wargi. - Miley... Chyba cię kocham. - zakończył, a ja poczułam, jak pojedyncza łza spływa po moim policzku. Nigdy nie usłyszałam czegoś tak szczerego z ust jakiegokolwiek chłopca. Uśmiechnęłam się szeroko, co szatyn odwzajemnił. 
- Ja... Przecież ja nie mogę tak wszystkiego zostawić i jechać z tobą na drugi koniec Ameryki. - głos mi się łamał, a w gardle już rosła niewidzialna gula. 
- Nie będę cię do niczego zmuszał, ale proszę, przemyśl to. - szepnął, dotykając opuszkami palców mojego policzka. Skinęłam lekko głową. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym się zgodzić, Justin. 

Westchnęłam, otwierając drzwi. Była już prawie trzecia nad ranem, więc czułam zmęczenie, a moje powieki same się zamykały. Rzuciłam buty w kąt, a kiedy podniosłam wzrok, ujrzałam Chrisa, który uważnie mi się przyglądał. 
- Gdzieś ty była? - szepnął, ale w jego głosie nie było gniewu ani złości, tylko troska. Przełknęłam ślinę, mając wrażenie, że moje usta płoną, sumienie. 
- Na spacerze. - odparłam, przechodząc obok niego. 
- Masz pojęcie, jak ja się martwiłem? - ruszył za mną. Przeczesałam dłonią włosy, podchodząc do lodówki. - W dodatku nie odbierałaś moich telefonów. - dodał, widząc, że nie mam zamiaru nic powiedzieć. 
- Skoro nie odbierałam, to znaczy, że nie chciałam z tobą w tamtej chwili rozmawiać. - upiłam łyk soku prosto z kartonu, cały czas stojąc do niego tyłem. 
- Nie chcę się z tobą kłócić. - westchnął, przejeżdżając dłońmi po swoich włosach. Przygryzłam dolną wargę. 
- Ja też nie. Przepraszam.  - spuściłam wzrok, brunet podszedł do mnie i podniósł moją twarz, dotykając brody. 
- To ja przepraszam. Nie powinienem być tak przewrażliwionym. - uniósł lekko kąciki swoich ust i nachylił się, aby mnie pocałować. Odwróciła szybko głowę, a jego usta musnęły tylko skórę na moim policzku. 
- Jestem zmęczona. Pójdę już spać. - wyminęłam go. - Dobranoc. - dodałan jeszcze, zanim zniknęłam za drzwiami sypialni. 
Wzięłam z szafy pidżamę, która składała się z szarych spodenek oraz miętowej koszulki z jakimś misiem. Spięłam włosy w koka gumką, którą zawsze nosiłam na nadgarstku i weszłam do łazienki, zamykając drzwi na klucz. Oparłam się o umywalkę i westchnęłam głośno. W mojej głowie miałam mętlik. Justin wrócił i dopiero teraz uświadomiłam sobie jak za nim tęskniłam. Nie wiem czy zdołam przechodził przez to ponownie, ale nie chcę też zostawiać przyjaciół. 
Zmyłam makijaż, po czym rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Gorąca woda, uderzająca o moją skórę, pomogła mi się zrelaksować. Echem jednak cały czas słyszałam słowa szatyna:

Jedź ze mną, proszę.
Chyba cię kocham. 

To 'chyba'. Co jeśli jednak mu na mnie nie zależy? Wyjadę z nim, a potem mu się znudzę i nie będę miała dokąd wrócić. Tak krótko go znam i tak mało o nim wiem. Tak naprawdę nie wiem, jaki jest, kim jest i co robi. Wiem jedno - kocham go, tak cholernie mocno, że nie wiem, czy będę w stanie mu odmówić. 
Wyszłam z łazienki i walcząc z zamykającymi mi się powiekami, doszłam do łóżka, w którym spał już Chris. Westchnęłam cicho i położyłam się na swojej połowie na plecach. Założyłam ręce na brzuchu i zamknęłam oczy, jednak otworzyłam je, czując, jak chłopak obejmuje mnie ramieniem. Przygryzłam dolną wargę, starając się rozluźnić. W końcu zasnęłam.

Usiadłam w salonie na kremowej kanapie, popijając gorącą herbatę. Ani na sekundę nie przestawałam się zastanawiać nad decyzją. To takie trudne... Chociaż moje życie nigdy nie było łatwe.  Mam wybrać między przyjaciółmi, a chłopakiem, przez którego cierpiałam, jak nigdy. 
W tej chwili przypomniałam sobie, że nie włączyłam swojego telefonu, więc sięgnęłam po torebkę, która od wczoraj leżała na fotelu i wyjęłam z niej iPhone'a. Po chwili zobaczyłam swoją tapetę, na której byłam ja, przytulająca Ashley i Chris, dający mi buziaka w policzek. Przygryzłam wnętrze swojego policzka i sprawdziłam nieodebrane połączenia, których było ponad pięćdziesiąt, a w tym połowa od... Ashley? Szybko wybrałam jej numer, a już po dwóch sygnałach usłyszałam zdenerwowany głos przyjaciółki. 
- Miley! Gdzie ty byłaś!? Masz pojęcie jak ja i twój chłopak martwiliśmy się o ciebie? - krzyknęła, przez do odsunęłam urządzenie od ucha.
- Spokojnie. - mruknęłam. 
- Spokojnie, tak? Chris dzwoni do mnie w środku nocy, że wyszłaś z jego samochodu w najniebezpieczniejszej dzielnicy Nowego Jorku. W dodatku ten psychopata wyszedł z więzienia, a ty mi każesz być spokojną!? - pisnęła. Nie rozumiem, dlaczego teraz ma takie zdanie o Justinie, skoro wcześniej sama pomagała mi go szukać. 
- A powiedział, dlaczego wyszłam? I dlaczego mówisz tak o Justinie!? Coś jest z tobą nie tak, Ashley? - podniosłam głos, ale nie krzyczałam... jeszcze. 
- Nie zmieniaj tematu. Zachowałaś się jak egoistka. - warknęła.
- Nie jestem pieprzonym dzieckiem! Jestem kurwa pełnoletnia i mogę robić, co chcę, a tobie gówno do tego. - wrzasnęłam i wcisnęła  czerwoną słuchawkę. 
Rzuciłam telefon obok i założyłam ręce na piersi. Byłam tak zdenerwowana, że miałam ochotę rozpłakać się ze złości. Skoro rzekomo tak się o mnie martwiła, to czemu na mnie krzyczy? Nie jest moją matką. I jeszcze wmawia mi, że jestem egoistką, też mi przyjaciółka. 

Ale przez te parę dni, kiedy byłem z tobą, zauważyłem, że jesteś piękna, zabawna, miła, troskliwa, uparta, odważna, kochana, cudowna.  Dla mnie idealna i... Miley... Chyba cię kocham.

Wzięłam głęboki wdech i chwyciłam z powrotem iPhone'a, wybierając nowy numer Justina. Po trzech sygnałach usłyszałam jego głos.
- Miley? 
- Podjęłam decyzję. - powiedziałam, starając się brzmieć pewnie. 


niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział Drugi (II)

Szybko zamknęłam laptopa, słysząc, że zbliża się Chris. Przygryzłam dolną wargę i spojrzałam na chłopaka, którego twarz rozświetlał szeroki uśmiech. Nie chciałam mu mówić o nowych wiadomościach, jakich nabyłam przed chwilą. Oczywiście... Miałam szczęście, że ktoś taki znajdował się obok mnie, ale nie dało się ukryć, że był chorobliwie zazdrosny, a najbardziej właśnie o Justina. Sądzę, że czuł, iż z nim nigdy nie połączy mnie takie... uczucie.
- Ziemia do Miley. - wyrwał mnie z zamyślenia, lekko potrząsając moim ciałem.
- Co? A tak... Dzięki. - wymusiłam na sobie blady uśmiech, odbierając kubek z gorącą herbatą. - Um... Jestem zmęczona, pójdę wziąć prysznic i pewnie się położę. - oznajmiłam i podniosłam się, wymijając zdezorientowanego bruneta. Faktycznie, nie byłam zmęczona. 
Opuściłam pomieszczenie bez pośpiechu, a kiedy weszłam do łazienki, szybko wyciągnęłam z kieszeni spodni telefon. Wzięłam głęboki wdech i wybrałam odpowiedni numer, już po trzech sygnałach usłyszałam lekki głos Ashley. 
- Słucham? 
- Hej Ashley... Słuchaj, nie uwierzysz, co ci powiem. - uprzedziłam ją, siadając na blacie. 
- Co się stało? - spytała, nie domyślając się, o co mi chodzi. 
- Siedzisz? - upewniłam się, lekko unosząc kąciki ust. 
- Taaak... - przeciągnęła.
- Justin wyszedł na wolność. - wydusiłam z siebie, po drugiej stronie nie dosłyszałam żadnej odpowiedzi. Przez chwilę trwałyśmy w ciszy, ona chyba naprawdę się tym przejęła.
- Słucham? - wypaliła po chwili, przez co przewróciłam oczami. Przecież dobrze słyszała.
- To, co słyszałaś. On jest na wolności. Widziałam go dzisiaj. 
- Żartujesz sobie?! I nic mi nie powiedziałaś? Przecież Chris wpadnie w szał, kiedy się dowie. - zmartwiła się, wiedziałam to... Z resztą czułam, że obecność Jusa w centrum nie była przypadkowa, tylko nie rozumiem, dlaczego uciekał. Westchnęłam.
- Wiem i właśnie dlatego on nic o tym nie wie. Nie powiedziałam mu i nie zamierzam. - oznajmiłam cicho, choć i tak nie mógł nic usłyszeć. 
- Ale dlaczego nie mówiłaś nic, kiedy wracałyśmy z zakupów?! - oburzyła się, upominając, że nie odpowiedziałam na jej wcześniejsze pytanie. Oblizałam usta, przecierając czoło.
- Wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym... Myślałam, miałam nadzieję, że mi się przywidziało. Rozumiesz... - odpowiedziałam, mając nadzieję, że wie, o co mi chodzi. Te sny i w ogóle wszystko, ze mną nie było w porządku... 
- Wiem, wiem... Ale skąd wiesz, że to jednak on? - nadal wypytywała, tak... Ashley. 
- Pisali o tym w internecie... Wiesz, na tym portalu. który ciągle przeglądam, w ramach gazety. - przypomniałam jej o moim przypodobaniu. Po co marnować papier, a przy tym i drzewa, skoro można korzystać z takich stron?
- No przecież Chris się dowie! - oczami wyobraźni widziałam, jak wykonuje facepalm'a. 
- On tego nie przegląda. - uspokoiłam ją. Tak... Chris z pewnością nie miał czasu, ani chęci na przeglądanie jakiś nowinek, przecież o wszystkim informowałam go ja, więc po co miał marnować swój cenny czas. 
- W sumie masz rację... Widziałaś go w centrum tak? Może pojedziemy tam jutro, jeśli chcesz. - zaproponowała niepewnie. Kolejny raz wydałam z siebie ciche westchnienie i przymknęłam oczy.
- Nie wiem, nie wiem Ashley czy chcę przez to kolejny raz przechodzić. - odparłam. - Z drugiej strony wiesz... Tęsknię za nim... - czułam, jak mój głos się łamie, a w gardle tworzy się niewidzialna gula. - Ja się w nim zakochałam. - dodałam na końcu coś, czego obiecałam sobie nigdy więcej nie wypowiedzieć. 
- Oh. - tylko to usłyszałam po drugiej stronie. - Pojedziemy tam... Nie chcę żebyś cierpiała. - powiedziała stanowczo i już teraz wiedziałam, że przekonanie jej na zmienienie decyzji może się okazać cholernie trudno, jeśli w ogóle możliwe. 
- W porządku. Porozmawiamy jutro, dobranoc. - wcisnęłam czerwoną słuchawkę i odłożyłam telefon na szafkę wiszącą obok. Odkręciłam wodę i zaczęłam się rozbierać, jutro czeka mnie ciężki dzień. Na szczęście będzie ze mną Ashley.

 ________________________________________

Otworzyłam oczy i jak zwykle zerknęłam na budzik, stojący na stoliku obok. Dochodziła dopiero siódma, więc uśmiechnęłam się leniwie i obróciłam twarzą do bruneta, który jeszcze spał obok mnie. Przejechałam palcem wskazującym delikatnie od ucha do ust, czym jednak go obudziłam. Uniósł lekko kąciki swoich ust, czym także mnie rozweselił. Odwrócił się powoli, a ja zamarłam, patrząc na niego.
- Dzień dobry kochanie. - przywitał mnie... Justin. Potrząsnęłam głową i przymknęłam oczy, kiedy wyciągnął spod kołdry rękę, aby mnie dotknąć. 

Kiedy je otworzyłam, znajdowałam się w pozycji dokładnie po przebudzeniu. Zeskoczyłam z łóżka, czując, jak ktoś mnie obejmuje. 
- Co jest? - spytał zaspany... Chris. Odetchnęłam z ulgą, ale zrobiło mi się głupio, że tak się zachowałam. W sumie, chyba przyzwyczaił się do takich wyskoków, tak, tak, suchar time. - Znowu COŚ ci się śniło? - odezwał się po chwili, nakładając nacisk na "coś". 
- Tak, tak. Przepraszam. - złapałam się za głowę, powoli wypuszczając z ust powietrze. - To nic. - dodałam po chwili i uśmiechnęłam się delikatnie, po czym wróciłam do łóżka.

Cały czas nerwowo zerkałam na zegarek wiszący na ścianie. Miałam wrażenie, że wskazówki celowo idą tak wolno. Do piętnastej zostały jeszcze trzy godziny, a właśnie o tej godzinie miała pojawić się u mnie Ashley. Czułam się dziwnie, ukrywając przed Chrisem powód mojego wyjścia, ale jak to mówią... Czego nie wie, to go nie zaboli. A mam nadzieję, że się nie dowie. Chcę tylko zobaczyć Justina i dowiedzieć się, co u niego... Przecież nie mam zamiaru do niego wracać, nie, to nie wchodzi w ogóle w grę. Nie chcę zostawiać przecież mojego życia, odpowiada mi tak, jak jest. 
- Wyjdziemy gdzieś dziś wieczorem? - usłyszałam nad swoim uchem szept, mimowolnie uśmiechnęłam się i oparłam dłonie na rękach chłopaka, oplatających moje ciało. 
- Wieczorem? Znaczy się, o której? - spytałam, spoglądając przez ramię. 
- Nie wiem. Dwudziesta? - zaproponował, a ja tylko skinęłam głową. 
- Jasne. - zgodziłam się, w moim głosie dało się wyczuć entuzjazm. Dawno razem nie wychodziliśmy. - Popołudniu umówiłam się z Ashley, ale będę na dwudziestą na pewno! - zapewniłam, po czym zrobiłam krok w przód, uwalniając się z jego objęć. 
- Znowu? - zmarszczył nos. - Cóż, cieszę się, że już nie siedzisz w domu. - posłał mi chyba najsłodszy uśmiech, jaki kiedykolwiek pojawił się na jego twarzy. Cóż, może to i prawda, długo siedziałam w domu, ale po prostu nie miałam ochoty na jakieś nowe znajomości, a Ashley nie miała czasu. 
- Tak, w sumie stęskniłam się za takimi wypadami. - zaśmiałam się cicho, wtulając w tors Chrisa. 
- Szkoda, już nie będę miał cię na całe dnie. - zrobił minę zbitego szczeniaka, przez co kolejny raz w pomieszczeniu zabrzmiał mój śmiech, nie przepadam za tym dźwiękiem. 
- Przez to każda chwila będzie cenniejsza. - uśmiechnęłam się szeroko, podnosząc na niego wzrok i spojrzałam w jego oczy. - Wiesz... - mruknęłam, cmoknęłam go lekko w usta. - Teraz mamy chwilę. - dokończyłam.
Chris zrobił krok w tył, spuścił głowę, przez co nie mogłam odczytać nic z wyrazu jego twarzy. 
- Teraz nie mogę. - oznajmił, ale słyszałam w tym zdaniu smutek, przez co poczułam się taka... chciana? Nie wiem, jak o wytłumaczyć. 
- Czemu? - skrzywiłam się.
- Muszę jechać do ojca. Wiesz, ostatnio ma problemy w firmie i prosi mnie o pomoc, chce żebym to ja ją przejął. - tłumaczył, cały czas nerwowo pocierając swój kark. 
- No cóż... W porządku. - wzruszyłam ramionami. - Już musisz jechać? - spytałam, spoglądając w dół, miał ubrane buty. 
- Niestety tak. - oblizał wargi. - Ale zobaczymy się wieczorem. - zrobił krok w moją stronę, chwytając w dłoń moją twarz.
- Tak, tak. - skinęłam głową. 
Ostatni raz pocałował mnie w usta, po czym wyszedł z mieszkania. Westchnęłam przeciągle i usiadłam na kanapie, znów spoglądając na zegarek. Jeszcze dwie godziny, choć znając Ashley, będzie ona wcześniej... lub później. Tak już ma, albo jest za wcześnie, albo za późno. Miałam jednak nadzieję, że tym razem się nie spóźni. Zależało mi na tym... Na spotkaniu z Justinem. Od wczoraj myślałam o tym, o nim cały czas. Może sobie kogoś znalazł, może już nie chce mieć ze mną nic wspólnego, wszystko było możliwe. 

Rytmicznie uderzałam opuszkami palców o szybę samochodu, w którym jechałam. Żadna z nas nie odzywała się, odkąd ruszyłyśmy. Denerwowałam się, choć to i tak niezbyt prawdopodobne, że się spotkamy. To, że był tam wtedy, nie znaczy, że przesiaduje w centrum cały czas.
- Jesteśmy. - upomniała mnie blondynka, po czym trzasnęła drzwiami. Równie szybko opuściłam pojazd i ruszyłam za nią. Szybko dotarłyśmy do fontanny, wokół której krążyła już masa ludzi. Normalnie chodzili na sobie. Przygryzłam dolną wargę, rozglądając się. Nie wiem, na co liczyłam. Przecież to niemożliwe. Jak szukanie igły w stogu siana. - No szukaj. - zaśmiała się, lekko trącając mnie w ramie. 
- Przecież to bezsens! - warknęłam, obracając się wokół własnej osi. No nie, nawet jeśli tu jest, przecież go nie zauważę, a przynajmniej są na to bardzo małe szanse. 
- Hej, hej! - pociągnęła mnie za rękę w tą samą stronę, w którą wtedy uciekł Justin. Nie wiedziałam, czy może zauważyła coś, ale nie opierałam się. I tak nie miałam nic lepszego do robienia, równie dobrze mogłam włóczyć się bezsensu po centrum. - No widziałam go... - westchnęła, kiedy znalazłyśmy się w podziemiach. 
- Jaaasne. - przeciągnęłam, przewracając oczami. 
- Tam! - szepnęła i ponownie biegłam za nią w jakimś kierunku. Super, jeszcze się zgubimy.Miałam wrażenie, chociaż nie... Ja na pewno biegłam wtedy tą samą ścieżką. Ashley złapała jakiegoś chłopaka za nadgarstek i odwróciła w naszym kierunku. Spojrzałam na niego, ale po chwili spuściłam głowę, to nie był Justin.
- Przepraszamy. - szepnęłam i odciągnęłam przyjaciółkę na bok. - przecież go nie znajdziemy, dajmy sobie spokój. Minął rok, pewnie i tak już ma mnie gdzieś. - mruknęłam i zacisnęłam usta w cienką linię, po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam tą samą drogą, którą tutaj dobiegłyśmy. 

Zaśmiałam się, wychodząc z kina, na tyle głośno, że usłyszały to wszystkie osoby dookoła. Nie przejęłabym się, gdyby mój śmiech nie brzmiał podobnie do hieny... Kolejny raz ukułam Chrisa w żebra, przez co odskoczył w bok i również wydał z siebie śmiech, może nie taki głośny, jak ja. 
- Dobra, stop! Głupia zabawa! - pomachałam obronnie rękami, a brunet tylko skinął głową, ponownie się do mnie przytulając. 
- Sama zaczęłaś. - oznajmił po chwili, kiedy wychodziliśmy na parking. 
- Ty lepiej szukaj kluczyków! - pokazałam mu język, wskazując na samochód, przy którym staliśmy. - Jedziemy coś zjeść? - spytałam, czując burczenie w głębi mojego brzucha. 
- Jeśli chcesz. - uśmiechnął się, otwierając drzwi samochodu. Wsiadłam i poczekałam, aż i on usiądzie obok. - Co robiłyście z Ashley na mieście? - zadał pytanie, na które nie miałam ochoty odpowiadać. 
- Nic. - wzruszyłam ramionami. Tak... Mistrzynią w kłamaniu to ja nie byłam. 
- Stało się coś, że nie chcesz powiedzieć? - uniósł brwi, patrząc prosto na mnie. Czułam, jakby ktoś przyparł mnie do ściany. 
- Nic takiego, normalne babskie sprawy. - oznajmiłam. Taa... Jeśli "normalnymi babskimi sprawami" można nazwać bieganie po centrum w poszukiwaniu byłego chłopaka kryminalisty, to tak... Mówiłam prawdę.
- Miley... - westchnął. - Przecież wiem, kiedy kłamiesz. - zaśmiał się nerwowo. - Musimy o tym rozmawiać? Naprawdę nie mam ochoty... - mruknęłam, zsuwając się na siedzeniu.
- Chodzisz przygnębiona, odkąd wróciłaś... Pokłóciłaś się z Ashley? - strzelał, niestety nietrafnie. Może i źle zachowałam się, zostawiając ją w tych podziemiach, ale nie pokłóciłyśmy się, chyba...
- Nie, nie. - zaprzeczyłam, kręcąc przy tym głową.
- Więc nie powiesz mi? - jaki on jest uparty, nie może dać spokoju?! Chyba widzi, że nie mam ochoty o tym mówić.
- Możesz dać sobie spokój!? - podniosłam głos, spojrzałam przez okno. - Jedźmy już, jestem głodna. - dodałam po chwili i nie musiałam długo czekać, aż ruszyliśmy. - Przepraszam... - szepnęłam po paru minutach jazdy.
- Nic się nie stało, po prostu chciałbym wiedzieć, co się dzieje... Może mógłbym jakoś pomóc. - oblizał wargi, a ja wymusiłam na sobie lekki uśmiech. Chris zawsze pomocny.
- W tej sprawie chyba nie możesz nic zrobić. - odparłam z lekkim rozbawieniem.
- Miley... - spojrzał mi prosto w oczy, kiedy stanęliśmy na czerwonych światłach. - Powiedz mi, proszę, co się dzieje? - mówił łagodnie, zapewne nie chcąc mnie ponownie zdenerwować. Westchnęłam głośno, wypuszczając powietrze z ust. 
- Dobrze. - poprawiłam się na fotelu. - Justin wyszedł z więzienia i... - zaczęłam, ale nie mogłam dokończyć.
- Słucham?! Co to ma do rzeczy? - tym razem to on podniósł głos, przez co poczułam się nieco niezręcznie. On naprawdę rzadko to robił. 
- Byłyśmy go szukać. - oznajmiłam, przewracając oczami.
- Po co? - tym razem starał się opanować.
- Chyba pasowałoby, żebym sobie z nim porozmawiała, nie uważasz? - popatrzyłam na niego, jak na idiotę.
- Po cholerę? Sprawa zamknięta, chyba nie chcesz mieć z nim nic wspólnego, tak? - spojrzał na światła i ruszył z piskiem opon, widząc zielone. 
- Jednak chciałabym się z nim zobaczyć i wyjaśnić wszystko... - kontynuowałam poirytowana tą rozmową i podejściem Chrisa. 
- Wyjaśnić... Wyjaśnić... - powtarzał, kręcąc z dezaprobatą głową. - Co? Co chcesz wyjaśniać?! - ponownie podniósł głos, mam tego dość.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam stanowczo.
- Co? - zerknął na mnie.
- Zatrzymaj się, powiedziałam. Chcę wysiąść. Nie będę rozmawiała z tobą w ten sposób. - oznajmiłam i złapałam za klamkę. Auto stanęło w jednej sekundzie, zdzierając opony. Otworzyłam drzwi i wysiadłam. 
- Miley! - krzyknął za mną.
- Daj mi spokój! - odkrzyknęłam, idąc pewnym krokiem przed siebie. Założyłam na siebie ręce i nie zwracałam uwagi na jego dalsze wołania. 

Rozejrzałam się dookoła. Było już trochę zimno, a do domu miałam za daleko. Wyłączyłam swoją komórkę, czując ciągłe wibracje. Nie musiałam nawet zgadywać, kto dzwonił. Teraz nie mam ochoty z nim konwersować. Jest nienormalny! Chorobliwie zazdrosny, nie ufa mi?! 
Westchnęłam, rozglądając się i zauważyłam, że jestem niedaleko mieszkania Ashley. Skręciłam w jedną z bocznych uliczek i przygryzłam dolną wargę. Było już późno. Na pewno po jedenastej, ale nie miałam zamiaru dzwonić do niego i prosić, żeby przyjechał. Przegiął, powinien się uspokoić. 
Przechodząc obok śmietnika, poczułam, jak ktoś łapie mnie w pasie i zakrywa usta dłonią, tłumiąc tym gestem mój pisk. W jednej chwili moje nogi zrobiły się, jak z waty, a na karku poczułam kropelki zimnego potu. Ratunku...