wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział Pierwszy (II)

Pomieszczenie było po brzegi wypełnione nastolatkami. Wszyscy bawili się, ruszając w rytm muzyki, rozmawiając, śmiejąc się. Tylko jedna osoba siedziała przy barze i popijała drinka, na którego namówiła ją przyjaciółka. Jej długie, brązowe włosy spływały falami po nagich plecach. Kąciki ust wygięte w dół i nieobecne oczy szkliły się, co dodawało jej twarzy uroku. Wzięła kolejny łyk zimnego napoju i jak za każdym razem oblizała usta, pozbawiając je resztki błyszczyku. Odchrząknęła, kiedy zauważyła, że przygląda się jej dwójka nieznanych mężczyzn. Odstawiła szklankę i wstała, po czym weszła w roztańczony tłum. Przeciskała się między parami i szukała kogoś znajomego, z kim przyszła, jednak nigdzie nie mogła dostrzec nikogo ze swojej paczki. Po jakimś czasie zatrzymała się, a że puszczono właśnie jedną z jej ulubionych piosenek, zaczęła poruszać ciałem w jej rytmie. Nie przeszkadzało jej, że w tłumie tylko ona nie ma pary. Ostatnio zdanie innych w ogóle straciło dla niej jakiekolwiek znaczenie. Wczuła się w to na tyle, że nie zauważyła jak para rąk obejmuje ja w talii. Dopiero kiedy czyjś podbródek spoczął na jej ramieniu, "obudziła się". Jej serce od razu zaczęło szybciej bić i właśnie miała uciec, kiedy poczuła znajome perfumy. Lekko uchyliła usta i spojrzała na dłonie na jej brzuchu, które także wydawały się znajome. Zaczerpnęła powietrza i przymknęła oczy. Niepewnie i powoli obróciła się przodem do partnera, a kiedy ujrzała jego twarz, po zaróżowionym policzku spłynęła łza.
- Justin.... - udało jej się tylko szepnąć i choć w środku piszczała, krzyczała i skakała - na zewnątrz trwała w takim szoku, że nie mogła nic więcej powiedzieć, a nawet się poruszyć.
Szatyn nie przestawał tańczyć, a na jego twarzy gościł lekki uśmiech, który Miley tak kochała. Charakterystycznie oblizał usta, na które wzrok przeniosła brunetka. Oddychała wolno i głęboko i zdawało się, że tylko to ratuje ją od omdlenie, a także silne dłonie ukochanego, którymi była podtrzymywana.
- Cześć, ślicznotko. - zaśmiał się cicho i przycisnął do siebie dziewczynę, przez co ich ciała teraz zupełnie się stykały, pasowały do siebie idealnie. Justin lekko wzruszył ramionami, przechylając głowę i przez chwilę patrzył w brązowe oczy, które były także wpatrzone w niego. Schylił się i miał własnie złączyć ich wargi, na co brunetka była już w pełni gotowa...

Zerwałam się, głośno dysząc. Po moim czole spływały kropelki potu, a serce biło nienaturalnie szybko. Przetarłam czoło i rozejrzałam się po ciemnym pokoju, po czym zerknęłam na Chrisa, leżącego obok. Jego dłoń leżała na moim brzuchu, więc powoli ją ściągnęłam, ponieważ nie chciałam go obudzić. Wstałam i na palcach przeszłam do łazienki obok. Jasne światło uderzyło w moje oczy, przez co szybko spuściłam wzrok. Kiedy wreszcie przyzwyczaiłam się do jasności, podeszłam do lustra. Mój oddech nadal nie był stabilny, czerwone policzki, nie wspominając nawet o mojej fryzurze. Oparłam się o umywalkę i odkręciłam wodę, którą najpierw polałam moje dłonie, a później zmoczyłam twarz, co od razu mnie orzeźwiło. Już od paru dni miałam tego typu sny, nie było to żadną przyjemnością. Co dzień budzę się w nocy i cierpię, bo ja naprawdę nie potrafię o tym wszystkim zapomnieć. Do dziś mam przed oczami obrazy z tamtej nocy. Gdyby ktoś kazał mi opisać każdego z tych mężczyzn, umiałabym powiedzieć każdy szczegół. Ten cały magazyn, broń, którą trzymałam i rana w nodze Ashley - najgorszy widok. 

Przetarłam jeszcze raz twarz, po czym odwróciłam się i ujrzałam bruneta, stojącego w progu. Patrzył na mnie zatroskanym wzrokiem, wiedziałam, że się martwi, ale naprawdę nie musiał wstawać ze mną co noc. Mimo to zmusiłam twarz do ukazania lekkiego uśmiechu, który wkrótce został odwzajemniony. Podeszłam do chłopaka i bez słowa wtuliłam się w niego.
- Znowu zły sen? - spytał szeptem, gładząc mnie po plecach.
- Nie... nie wiem. - westchnęłam. Nie wiedziałam, czy to zły sen, czy może dobry. Prawdę mówiąc tęskniłam za Justinem, to nie tak, że już po paru dniach wymazałam go sobie z pamięci. On nadal tam gdzieś w mojej głowie daje o sobie znać, najczęściej w najmniej odpowiednich momentach. Bo nie da się tak po prostu zapomnieć o kimś, kto zrobił Ci taką krzywdę, a jednocześnie dalej go kochasz. To trudne, a zarazem uciążliwe, kiedy budzisz się w nocy i płaczesz z bezsilności, tęsknoty...
- Chodź do łóżka. - poczułam jak Chris zaciąga mnie z powrotem do pokoju, gasząc światło w łazience. Położyłam się na łóżku i ponownie wtuliłam w klatkę piersiową chłopaka. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, w końcu minął rok. Nie mieszkam już z Ashley, nie mieszkam w mieszkaniu i mam... mam nowego chłopaka. Sądzę, że Chris jest taką odskocznią od tego wszystkiego. Czuję się źle, bo nie wyobrażam sobie dalszego życia z nim, wiem, że mnie kocha, ale moje uczucie nie jest aż tak silne, jak jego. Mimo to jestem mu cholernie wdzięczna, bo jest ze mną do teraz i to między innymi dzięki niemu się jakoś pozbierałam, na zewnątrz... W środku byłam nadal przestraszona i czuję, że to nie minie zbyt szybko, o ile w ogóle minie. 
Uśmiechnęłam się, kiedy Chris zasnął, tak łatwo mu to przychodziło. Jego brzuch unosił się równomiernie, a razem z nim moja głowa. Westchnęłam i zamknęłam oczy, także próbując zasnąć. 

Obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Już nawet nie czuję, kiedy płaczę przez sen. To przerażające.

Podniosłam się i przetarłam zaspane oczy. Lekko zmarszczyłam nos, kiedy nigdzie nie mogłam dostrzec Chrisa. Zwykle nie był rannym ptaszkiem, więc to dość dziwne, że już nie było go w łóżku. Zerknęłam na zegarek wiszący na ścianie, była dopiero 6:46. Niechętnie zwlekłam się z łóżka i założyłam szlafrok.  Przechodząc przez korytarz, nie poczułam spalenizny ani dymu, co znaczyło, że Chris nie dobrał się do kuchenki, mimowolnie zachichotałam. Nie jestem nawet pewna, czy umie zrobić choćby jajecznicę, zupełnie sam.
Wchodząc do kuchni, zauważyłam sporą, żółtą kartkę przyklejoną do drzwi lodówki. Podeszłam do niej i oderwałam, po czym skupiłam się na napisanej na niej wiadomości.
"Musiałem pojechać do firmy ojca, przepraszam. Będę po południu, mam nadzieję, że dobrze spałaś." 
Uśmiechnęłam się, odkładając papier na blat. Zawsze był taki troskliwy i sądzę, że nienawidził, kiedy spędzałam poranki bez niego, to na swój sposób słodkie. 
Westchnęłam i otworzyłam lodówkę, z której wyciągnęłam mleko, natomiast w szafce obok znajdowały się moje ulubione płatki. Wsypałam ich trochę do niebieskiej miseczki i zalałam zimnym mlekiem. Z takim oto posiłkiem zasiadłam prze telewizorem plazmowym w salonie. Przełączałam po kolei programy, ale nie mogłam znaleźć nic, co na dłuższą chwilę złapałoby moją uwagę. W końcu poddałam się i zostawiłam jakiś kiepski serial, który zdarzało mi się obejrzeć urywkowo. 

Wyszłam spod prysznica, a kiedy dotknęłam mokrymi stopami zimnych płytek, moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Szybko owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do lustra, przetarłam je dłonią. Przymknęłam oczy, przed którymi od razu pojawiła się postać, której miałam już dość. Uderzyłam o umywalkę i syknęłam, czując ból. Szybko wysuszyłam włosy, lekko się umalowałam i ubrałam, po czym wyszłam z pomieszczenia. Przechodząc przez korytarz, poczułam wibracje w kieszeni swoich szortów. Wyciągnęłam z nich białego iPhone'a, po czym przejechałam palcem po ekranie w celu odebrania rozmowy.

- Dzień dobry, księżniczko. Wyspałaś się? - usłyszałam po drugiej stronie, a na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. 
- Owszem, ale spotkałam się z ogromnym zawodem. - westchnęłam głośno, a kąciki moich ust nie zeszły nawet o mm. 
- A czym był spowodowany? - spytał, chociaż dobrze wiedział, o co mi chodziło. 
- Cóż... obudziłam się sama. - oznajmiłam, na co odpowiedziało mi krótkie westchnienie.
- Przepraszam. - odezwał się po chwili, na co ja natomiast ledwo powstrzymywałam śmiech. On cały czas brał moje słowa na poważnie, za każdym razem.
- No nie wiem, jak mi to wynagrodzisz. - zaczęłam głaskać się po brodzie, czekając na jego propozycje.
- Zobaczysz, kiedy przyjdę. Możemy gdzieś pojechać lub... zostać w domu. - byłam pewna, że w tym momencie poruszył brwiami. 
- W takim razie czekam z niecierpliwością. - zaśmiałam się i rozłączyłam, po czym odłożyłam iPhone'a na swoje miejsce. 
Przeczesałam dłonią jeszcze lekko wilgotne włosy i z zacieszem zeszłam po schodach, po czym usiadłam w salonie z laptopem na kolanach. Zaczęłam przeglądać najnowsze newsy, kiedy mój telefon znów dał o sobie znać. Jęknęłam i odłożyłam komputer na bok, odebrałam.
- Słucham? 
- Hej Miley! - od razu poznałam, że to Ashley. Dawno nie dzwoniła, ciekawe co ją do tego skłoniło.
- No cześć. - przywitałam ją, podnosząc się z sofy i przechodząc do kuchni. Otworzyłam lodówkę, z której wyciągnęłam sok pomarańczowy, nalałam go do szklanki i odłożyłam na miejsce na dolnej półce. 
- Masz może czas? - spytała, słyszałam, że była nieco rozweselona, ale nie domyślałam się, czemu.
- No... tak. A czemu pytasz? - zmarszczyłam czoło, biorąc łyk ulubionego napoju. Oblizałam usta i usiadłam przy blacie. - Huh? - pogoniłam ją.
- Nooooo, dawno nie spędzałyśmy razem czasu, więc pomyślałam, że może pójdziemy na jakieś zakupy czy coś. - oznajmiła, a ja westchnęłam cicho, nie chciałam, żeby usłyszała. Nie przepadałam za zakupami, a zakupy z Ashley były wyjątkowo... uciążliwe. Lata od sklepu do sklepu, nie idzie za nią nadążyć. 
- Wiesz, ja... - zaczęłam, ale nie dane mi było dokończyć.
- No proszę cię, no! Stęskniłam się! - powiedziała dziecinnym głosem, więc skinęłam głową i mruknęłam coś po nosem, co jak zwykle zlekceważyła.
- No dobrze! - wydusiłam w końcu, przewracając przy tym oczami. 
- Jupi! - klasnęła w dłonie, a ja kolejny już raz westchnęłam. - Będę za dziesięć minut, bo jestem niedaleko. Zbieraj się! - pogoniła i zakończyła połączenie, a ja ostatni raz wydałam z siebie głośne westchnienie, przeplatane z jękiem niechęci. Naprawdę nie chciało mi się latać po sklepach, ale faktycznie dawno nie spędzałyśmy razem czasu i w sumie ja także się za nią stęskniłam, więc to może nie jest taki zły pomysł. 

Dokładnie dziesięć minut później usłyszałam pukanie do drzwi. Jak ona to robi? Zawsze punktualna co do minuty. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Ujrzałam uśmiechniętą blondynkę. Ubrana była w białą sukienkę, w pasie zapięła brązowy pasek idealnie pasujący do butów na niskiej koturnie. Wyglądała ślicznie. Podniosła z nosa czarne okulary i "przeleciała" mnie wzrokiem.
- Strasznie schudłaś. - oznajmiła na wstępie.
- Bez przesady, nie widziałyśmy się dwa tygodnie i to niecałe. - zaśmiałam się, zabierając z półki torebkę i opuściłam mieszkanie, zamykając je na klucz.
- No to musisz być na niezłej diecie, bo naprawdę wyglądasz szczuplej. - nie dawała za wygraną. To prawda, że ostatnio mało jadłam, ale większych efektów nie przyuważyłam, co oznacza, że musiało ich nie być.
- Oh, Ashley. - westchnęłam, zamykając za nami furtkę. Wsiadłyśmy do czarnego audi blondynki, która zajęła miejsce prowadzącego, ja natomiast siedzenie obok.
- Co tam u ciebie? Układa ci się z Chrisem? - spytała, wyjeżdżając na główną ulicę. 
- Jest ok, tak jak powinno. - odparłam, z lekkim uśmiechem, spoglądając na wyświetlasz iPhone'a. Była dopiero 12:14. 
- A jak... ty się masz? - odezwała się, zerkając na mnie. 
- Dobrze. - skłamałam. Nie chciałam jej zamartwiać moimi snami, w sumie nie było to nic strasznego. Bo każdy miewa koszmary, może nie tak często, ale ma. 
- Mhm. - chyba wyczuła, że niekoniecznie jest tak, jak mówię, ale zrozumiała, że nie chcę o tym mówić, co mnie uspokoiło. Jedyne czego mi brakowało, to śledztwo Ashley. Idealnie pasowała do pracy w policji. 
- Gdzie w ogóle jedziemy na te zakupy? Wiem, że do centrum, ale dokładniej? - starałam się zmienić temat.
- Jeszcze nie wiem, ale wiem, że szybko nie skończymy. - uśmiechnęła się, przyśpieszając. 
- Nie mam całego dnia. - wywróciłam oczami. 
- Jak zawsze, jak zawsze nie masz dla mnie czasu. Jesteś taka zajęta... - obie zaśmiałyśmy się w tym samym momencie. O tak, tego mi brakowało. 

Biegłam za Ashley jak głupia, trzymając w dłoniach głównie jej zakupy. Wyleciałam na plac główny, na którym o tej godzinie było naprawdę wiele ludzi. Przeciskałam się między przechodniami, ale w końcu się poddałam, straciłam ją z pola widzenia. Wyciągnęłam z kieszeni iPhone'a i próbowałam odblokować, ale szlag! Bateria mi padła. Mruknęłam coś pod nosem i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu blondynki. Miałam nadzieję, że za chwilę się obok mnie pojawi, chciałam już wracać do domu. Odkąd się tu zjawiłyśmy miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Może to jakaś paranoja, ale naprawdę nie chciałam zostawać sama. 
Przecisnęłam się do jakiejś wolnej ławki i położyłam na niej wszystkie torby. Weszłam na murek obok i ponownie zaczęłam przeczesywać spojrzeniem tłum ludzi, ale zamiast Ashley napotkałam coś innego. Piwne spojrzenie wlepione prosto we mnie. Moje serce się zatrzymało, a po chwili zaczęło bić nienaturalnie szybko. Uchyliłam lekko usta, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, straciłam z nim kontakt wzrokowy. Szybko zerwałam się z miejsca i łapiąc wszystkie torby, zaczęłam biec przed siebie. Nie minęło wiele czasu, kiedy znalazłam się w podziemiach galerii. Tu także było tłoczno, ale nie aż tak, jak na powierzchni. Nie zwracałam uwagi na zdziwione spojrzenia przechodniów, biegłam za piwnym spojrzeniem. Dobrze wiedziałam, do kogo należy i choć wydawało się to co najmniej niemożliwe, chciałam go złapać. 
Spojrzałam w boczną uliczkę i zauważyłam miodowe włosy, z których utworzono na żelu dobrze mi znaną fryzurę. Pobiegłam w tamtym kierunku, tu było już zupełnie pusto, słyszałam jedynie swoje szybkie kroki oraz głośny oddech. Stanęłam i zaczęłam się oglądać, kiedy ponownie napotkałam chłopaka w ciemnych rurkach, czarnym podkoszulku i granatowych suprach. Moje nogi same rzuciły się w bieg, skręciłam w jakiś zaułek i już myślałam, że go mam...
- Justin! - sapnęłam, łapiąc się ramienia. Spojrzałam w górę i zobaczyłam jakiegoś bruneta, w dodatku ubranego inaczej niż osoba, za którą biegłam. Szybko od niego odskoczyłam i zaczęłam się rozglądać. Nie wiem jakim cudem, znalazłam się na głównym parkingu. - Przepraszam. - szepnęłam i odeszłam w bok. Rozglądałam się, ale już nikogo nie zauważyłam.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą i odskoczyłam, na szczęście to była tylko Ashley. 
- Gdzieś ty była?! - krzyknęłam, co nieco ją zdziwiło.
- Znalazłam świetną wyprzedaż. Patrz, kupiłam Ci sukienkę. Tak rzadko w nich chodzisz... - oznajmiła, podając mi kolejną torbę.
- O... dziękuję. - spojrzałam do środka i zobaczyłam śliczną, turkusową sukienkę. Nie wiedziałam, jak długa była, ale ten odcień od razu mi się spodobał. - Jest śliczna. - przytuliłam przyjaciółkę, jednak dalej byłam przytłoczona tą całą sytuacją z "pościgiem". 
- Stało się coś? - spytała, kiedy szłyśmy do samochodu. Pokręciłam przecząco głową, na co ona tylko wzruszyła ramionami. Jak dobrze, że dzisiaj nie jest taka natarczywa...

Weszłam do domu, odłożyłam klucze na półkę pod lustrem, ściągnęłam buty i razem z torbami przeszłam do salonu. Dopiero teraz zauważyłam, że jest już 19:23. Jak to możliwe? Aż tyle nam zeszło? Westchnęłam, siadając na łóżku obok Chrisa.
- Ciężki dzień? - spytał, z szerokim uśmiechem na twarzy. Skinęłam głową i przytuliłam się do niego, nie wiedziałam, czy powiedzieć mu... - Chcesz coś zjeść? - spytał, gładząc mnie po plecach.
- Nie, jadłam na mieście. - skłamałam kolejny raz, ale nie byłam głodna, a gdybym tego nie powiedziała, wciskałby mi na siłę. 
- Na pewno? - upewnił się jeszcze, patrząc na mnie podejrzliwie. Kiwnęłam głową.
- Chris... - szepnęłam.
- Tak? 
- Mogę ci coś powiedzieć? Ale obiecaj, że nie weźmiesz mnie za szajbuskę. - spojrzałam na niego poważnym wzrokiem, a o tylko uśmiechnął się szerzej.
- Nie mogę tego obiecać. - pocałował mnie w policzek.
- Mówię poważnie... - nie odrywałam od niego wzroku. 
- No dobrze, dobrze. Nie będę się z ciebie śmiał. - pokazał znak przysięgi. Westchnęłam i podniosłam się, podciągając nogi pod tyłek. 
- Wiesz... zdaje mi się, że widziałam dzisiaj... - przerwałam, przymykając oczy. - Widziałam Justina. - dokończyłam, czekając jego reakcji.
- Ale to niemożliwe. - zmarszczył czoło. Faktycznie nie śmiał się, to dobrze.
- Wiem, co widziałam... - oblizałam usta, przewracając oczami. Sama wiem, że on powinien być teraz w więzieniu, ale uwierzcie, tych oczu nie da się pomylić...
- Może ci się przywidziało. Masz ostatnio te sny, trudny okres. To musi być to... Chodzi mi o to, że coś się z tobą ostatnio dzieje. - próbował ułożyć jakąś konkretną wypowiedź, ale coś mu nie wychodziło. Nie chciał mnie urazić...
- Ja wiem! - warknęłam, podnosząc się. - Po prostu nie wiem, co mi ostatnio jest. Chcę żeby to ustało, chcę żyć normalnie. - dodałam już nieco spokojniej.
- Wiem. - szepnął, wstając i obejmując  mnie w tali. - Przywidziało ci się, na pewno. - dodał po chwili wprost do mojego ucha, westchnęłam i skinęłam tylko głową. 
- Idę zrobić herbaty, dobrze? - odsunął się ode mnie i spojrzał mi w oczy.
- Tak, dzięki. - uśmiechnęłam się. On znał mnie na wylot, wiedział, że w takich sytuacjach zawsze pomaga herbata z cytryną. To było zabawne, ale także przerażające. Ta świadomość, że ktoś zna cię na wylot.
Z powrotem usiadłam na sofie i zabrałam mojego laptopa, którego w pośpiechu nawet nie wyłączyłam. Odświeżyłam stronę z newsami i zamarłam, widząc największy nagłówek. Przełknęłam głośno ślinę i kliknęłam, aby otworzyć artykuł. 
- Justin Bieber warunkowo został zwolniony z więzienia [...] - urwałam, uchylając usta. Więc jednak mi się nie przywidziało.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział Dziesiąty (FINAŁ)

Znacie to uczucie, kiedy boicie się czegoś, co musicie zrobić? Nie ma odwrotu, a was zjada trema i strach paraliżuje całe ciało?To tak, kiedy miałam śpiewać piosenkę na zakończenie szkolnego przedstawienia, będąc w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wtedy jak i do tej pory nie myślałam, że może być coś bardziej przerażającego niż wzrok całej sali wpatrzony w ciebie. Dziś przekonałam się, że to była błahostka w porównaniu do tego, co działo się teraz. Stałam na środku ciemnej hali, w której bawiłam się jako małe dziecko i czułam, że to nie przypadek, iż akurat to miejsce zostało wybrane na "wymianę". Przełknęłam ślinę i zaczęłam się nerwowo rozglądać po pustym pomieszczeniu. Trwała tutaj cisza, która wcale nie sprzyjała temu wszystkiemu. 
Ściągnęłam z głowy ciemny kaptur i przeczesałam dłonią rozczochrane włosy. Podskoczyłam słysząc jakieś przytłumione łkanie i zaczęłam się szybko rozglądać, ale nie mogłam nikogo dostrzec. Moje serce kruszyło się z każdą kolejną sekundą, słysząc te odgłosy. Nie miałam wątpliwości - to była Ashley. Zaczęłam iść na lewo, a kiedy przeszłam przez wielkie wejście zakryte plastikowymi pasami, zobaczyłam dziewczynę przywiązaną do krzesła. Usta miała zamknięte taśmą klejącą i wierciła się, chcąc uciec. Poczułam łzy spływające po moich policzkach. Szybko rzuciłam się w jej kierunku i zaczęłam odwiązywać ręce. Cholera, te węzły były nie do rozwiązania. Po chwili poddałam się i szybkim ruchem uwolniłam jej usta. Ashley krótko pisnęła, ale szybko się opanowała.
- Idź stąd, szybko! - zaczęła szeptać energicznie, ale ja nie chciałam tego słuchać. Nie miałam zamiaru jej tutaj zostawiać. - Oni cie zabiją, kretynko! - warknęła, kiedy zabrałam się ponownie za rozwiązywanie jej rąk.
- Sama jesteś kretynką, myśląc, że cię tu zostawię. Oszalałaś?! - syknęłam nie przerywając swojego zajęcia. 
- Dostaną to czego chcą i nawet nie obejrzysz się, kiedy obie będziemy dziesięć stóp pod ziemią! - oznajmiła. Miałam świadomość tego, ale wiedziałam także, że zrobię wszystko, aby temu zapobiec. 
- Zamknij się i zacznij ze mną kuźwa współpracować! - szepnęłam zirytowana. - Poruszaj dłońmi. -rozkazałam, co blondynka od razu wykonała, dzięki czemu udało nam się nieco poluźnić ucisk. Uchyliłam usta, widząc zadrapania na jej dłoniach. W niektórych miejscach można było także dostrzec ślady krwi, ale rozcięć nie widziałam. Zaczęłam delikatniej manewrować dłońmi, aby nie sprawić jej jeszcze większego bólu. Już prawie udało mi się rozwiązać supeł, kiedy poczułam broń przyłożoną do mojej skroni. Zaczerpnęłam powietrza, ale nic się nie odezwałam. Nawet nie spojrzałam za siebie, tylko wstałam powoli z zamkniętymi oczami. 
- No proszę, proszę. Jednak się zjawiłaś. Odważna z ciebie dziewczynka. - zaśmiał się, przykładając usta do mojego ucha, co wywołało u mnie odruch wymiotny. 
- Zostaw ją! - krzyknęła blondynka, która chyba dopiero teraz zauważyła, co się dzieje. Patrzyłam na nią załzawionymi oczami, ale uśmiechnęłam się lekko. Chciałam, aby uwierzyła, że jeszcze nic nie jest przegrane, choć teraz sama nie byłam tego pewna. 
- Zamknij się! - warknął, a w tym samym czasie z kątów pomieszczenia wyszło czterech mężczyzn. Na oko mieli około dwadzieścia pięć lat i byli bardzo wysocy, a także niezwykle umięśnieni. Teraz wiedziałam, że sprawa nie będzie prosta. Nigdzie jednak nie zauważyłam Justina, na którego myśl poczułam ból w brzuchu. - Masz to, o co prosiłem? - szepnął, a ja tylko wolno pokiwałam głową. 
Popchnął mnie na tyle mocno, że gdyby nie jego wspólnik, który mnie chwycił - upadłabym na ziemię. "Łysol" złapał mnie za ramiona i odwrócił tyłem do siebie. Drugi natomiast podszedł i miał właśnie sięgnąć do kieszeni mojej bluzy, przez co zapaliła mi się czerwona kontrolka. Gdyby dowiedzieli się, że wzięłam ze sobą broń, nie byłoby wcale lepiej, niż jest. 
- Sama wam ją dam! - krzyknęłam szybko, przez co zatrzymał się w bezruchu i przerzucił wzrok na swojego szefa. Który chwilę się zastanawiał, ale po chwili skinął głową.
- Proszę. - wskazał na mnie dłonią, dzięki czemu zostałam uwolniona z żelaznego uścisku. Spojrzałam na Ashley, która cicho szlochała, siedząc na krześle ze spuszczoną głową. Jej twarz zasłaniały gęste włosy, cała się trzęsła. - No kurwa wyciągaj to! - warknął, czym wyrwał mnie z zamyślenia. 
Wolnym ruchem sięgnęłam do odpowiedniej kieszeni, z której wyciągnęłam srebrną płytę. Zrobiłam krok w przód i podałam ją mężczyźnie, który natomiast był o wiele starszy niż reszta. Wyciągnął ją z opakowania i zaczął dokładnie oglądać, po czym uśmiechnął się i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki. 
- Teraz wypuście Ashley i dajcie nam spokój! - syknęłam, nie minęło nawet pięć sekund, kiedy wszyscy razem zaczęli się śmiać. Blondynka podniosła wzrok i zaczęła się powoli wiercić. Domyśliłam się, że próbuje uwolnić swoje dłonie z węzłów. 
- Jesteś bardzo naiwna, Miley. -mruknął po chwili, poprawiając czarny kapelusz, przez który wyglądał jak człowiek mafii. Chociaż możliwe, że właśnie nim był. 
- Mieliśmy umowę... - wiedziałam, że to i tak nic nie pomoże, ale próbowałam grać na czas. Cały czas miałam nadzieję, że coś mi wpadnie do głowy. Niestety teraz panowała tam taka pustka, że nie wiedziałam nawet, co mówić. 
- Ty naprawdę uważasz, że po tym wszystkim ja po prostu was wypuszczę i sobie pójdę? - patrzył na mnie jak na idiotkę. Wzruszyłam ramionami.
- Sądziłam, że takie szumowiny jak ty mają choć trochę honoru, cóż... Musiałam się pomylić. - powiedziałam półgłosem, patrząc na niego i mrużąc oczy. Moje słowa chyba nieco go zdenerwowały, czego próbował nie okazywać, jednak ja widziałam, że go uraziłam. 
- Szumowina, mówisz? - odezwał się po chwili, a ja przełknęłam głośno ślinę. - Więc dobrze, będę szumowiną. - dodał i w tej samej chwili zostałam mocno szarpnięta w tył. Zaczęłam się wiercić, ale na marne. Niech szlag trafi to, że dziewczyny są przeważnie słabsze. 
Starszy mężczyzna jakby nigdy nic wyciągnął z marynarki nóż i zaczął się z nim kierować w moją stronę. Poczułam, jak moje nogi robią się jak z waty, ale próbowałam zachować opanowany wyraz twarzy. Przymknęłam oczy i oddychałam powoli, zaczerpując powietrza z każdym jego krokiem. 
- Nie, stop! - wrzasnęła Ashley i odskoczyła z krzesła prosto na mężczyznę w kapeluszu. Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy widziałam, jak się z nim siłuje. Objęła go wokół szyi, a on próbował ją zrzucić.
- No co tak stoicie, skurwysyny!? Zdejmijcie tą szmatę ze mnie! - warknął, na co dwójka brunetów zerwała się z miejsca i podbiegła do swojego szefa. Ashley jednego kopnęła prosto w twarz, przez co upadł na ziemię i przez chwilę nie wstawał, trzymając się za nos. Pewnie mu go właśnie złamała. Drugi natomiast chwycił Ashley pod pachy i podniósł, łapiąc w taki sam uścisk, w którym byłam właśnie trzymana. Blondynka zaczęła się wiercić, ale poddała się po chwili. 
- To co robimy szefie? - spytał brunet, któremu złamano nos. Po jego ustach nadal spływała krew, a on tylko co chwilę ją wycierał. 
- Miałem zamiar zabić je bezboleśnie, ale teraz się nad tym poważnie zastanawiam. - mruknął, po czym przyłożył do gardła blondynki nóż i zrobił nacięcie, z którego od razu wypłynęła czerwona ciecz. 
- Przepraszam! - odezwałam się szybko, próbując wyrwać. Nie chciałam na to patrzyć. 
- Cicho siedź! - upomniał mnie mężczyzna, który mnie trzymał. Natomiast ten w kapeluszu nachylił się na Ashley i zaczął coś szeptać do jej ucha, w tym samym czasie szybko wbił nóż w jej udo. Poczułam, jak robi mi się słabo, ale nie mogłam zemdleć. Jak najmocniej się dało nadepnęłam na stopę tego, który mnie trzymał i wykorzystując chwilę bólu wyrwałam się z jego uścisku. Odskoczyłam na bok i wyciągnęłam z kieszeni broń, którą celowałam w każdego po kolei. Wolno ją odbezpieczyłam, zerkając nerwowo na Ashley, która zsunęła się z krzesła i upadła na ziemię. Wokół niej szybko tworzyła się kałuża krwi. Nie chciałam nawet myśleć, jaki to musiał być ból.
- Zostawcie nas! - krzyknęłam, przenosząc wzrok na kolesia w kapeluszu, którego chytry uśmiech kompletnie zbił mnie z tropu. 
- Nie odważysz się. - szepnął, ukazując rząd pożółkniętych zębów, z których jeden miał barwę złota. Mocniej zacisnęłam palce na spuście, czym chciałam pokazać, że nie boję się pozbawić życia któregokolwiek z nich. - Jesteś tylko niewinną dziewczyną, która niepotrzebnie wpakowała się w coś takiego, a teraz będzie musiała za to zapłacić. - oznajmił powoli, po czym złapał Ashley za włosy i przyłożył do jej głowy broń. Zacisnęłam usta, widząc jego spokojny wyraz twarzy. - A teraz odłóż tą zabaweczkę, dziecko. - wskazał na podłogę pode mną. Chwilę się wahałam, ale po chwili pokręciłam przecząco głową. 
- Nie, dajcie nam spokój. - powiedziałam stanowczo, na co on zmarszczył czoło.
- Jesteś uparta, wiesz? - syknął, mocniej szarpiąc Ashley.
- Puść ją! - krzyknęłam, przerzucając celownik prosto na jego głowę. Nie wiedziałam, czy będę w stanie to zrobić. Miałam nadzieję, że za chwilę powiedzą, że to jakiś żart. Spojrzałam na zakrwawioną nogę swojej przyjaciółki i bezgłośnie ją za to wszystko przeprosiłam, na co skinęła głową. 
- Nie będę kurwa dwa razy powtarzał! Odłóż to gówno, bo zabiję ją jak psa! Rozumiesz! - wrzasnął, po czym kopnął w jej ranę, przez co wydała głośny jęk. To naprawdę było dla mnie za wiele. Nie chciałam widzieć, jak cierpi. Powoli roztrzęsionymi dłońmi odłożyłam pistolet na ziemię, po czym lekko go kopnęłam, przez co wpadł w posiadanie jednego z mężczyzn.
W momencie, w którym jeden z nich zaczął iść w moją stronę, do magazynu wbiegło parudziesięciu mężczyzn w ciemnych strojach i z bronią. Nie wiedziałam, co się dzieje, dopóki nie zobaczyłam na ich plecach napisu "POLICJA". Nie umiem opisać, tego co poczułam teraz. Wszyscy od razu zostali przygwożdżeni do ziemi i skuci w kajdanki. Ja natomiast bez chwili wahania podbiegłam do przyjaciółki i objęłam ją jak najmocniej, uważając oczywiście na udo. Ona także zacisnęła się wokół mojej talii i obie jak na zawołanie zaczęłyśmy głośno płakać.
- Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam. - łkałam, a moje policzki były już całe mokre od łez. Nie patrzyłam co się dzieje za nami. Słyszałam tylko przekleństwa i pośpieszanie policjantów. 
- Miley Cyrus i Ashley Tisdale? - odwróciłam się i ujrzałam policjanta z sporym wąsem i brązowymi włosami. Skinęłam głową, a on pomógł mi wstać. Natomiast w tym samym czasie do Ashley podbiegło trzech lekarzy, wsadzili ją na nosze i wynieśli z budynku. Chciałam za nią iść, ale mężczyzna złapał mnie za nadgarstek. - Nazywam się Patrick Johnson. 
- Miło mi. - odpowiedziałam łamiącym się głosem i otarłam mokre policzki.
- Bardzo mi przykro z powodu tego całego zajścia. - położył mi rękę na ramieniu w znak współczucia, a ja uśmiechnęłam się tylko lekko.
- Zupełnie niepotrzebnie, przecież to nie pana wina. - oznajmiłam, na co kiwnął głową.
- Chciałbym, abyś zeznawała w tej całej sprawie. Mogłabyś przyjść w najbliższym czasie na komendę policji? Możesz zeznawać także teraz, jednak uważam, że jesteś w zbyt wielkim szoku. Twoje zeznania mogą nam także pomóc w sprawie pana Justina Biebera. - moje ciało na samą myśl o nim przeszedł dreszcz. Do oczu napłynęły mi łzy, które na szczęście udało mi się powstrzymać. 
- To jest konieczne? - spytałam, mając nadzieję na negatywną odpowiedź. 
- Nie, ale potrzebne. - zmarszczył czoło. 
- Więc wolałabym odmówić i jak najszybciej zapomnieć o tej całej sprawie. - poinformowałam, po czym odwróciłam się i wolnym krokiem odeszłam. 
Szłam ze spuszczoną głową. Wokół słyszałam krzyki policjantów mocujących się z resztą gangu, a także dźwięki radiowozów oraz karetek. Próbowałam znaleźć Ashley, ale nigdzie jej nie widziałam. Wszystko było jakieś takie niewyraźne, a ja sama czułam się dziwnie. Nie myślałam, że coś takiego kiedykolwiek mnie spotka i nie miałam ochoty przechodzić przez to nigdy więcej.
Zauważyłam czerwone conversy, które miała dzisiaj na sobie Ashley, więc podbiegłam do jednej z karetek i na szczęście znalazłam w niej moją przyjaciółkę.
- Miley! - podniosła się, kiedy mnie zauważyła, ale jeden z lekarzy kazał jej się położyć. Podeszłam do niej, a widząc jej ranę na nodze, która przez rozerwane spodnie wyglądała jeszcze gorzej, zebrało mi się na płacz. - Nie płacz.... Już po wszystkim. - uśmiechnęła się pocieszająco, co w sumie trochę mi pomogło. Miała rację, to już koniec. 
- Mogę z nią jechać? - spytałam cicho lekarza, który szukał czegoś w ogromnej apteczce. 
- Jest pani kimś z rodziny? - spytał, przyglądając mi się od góry do dołu. 
- Nie, przyjaciółką. - odparłam całkiem szczerze, choć w głębi serca czułam się jak jej siostra. 
- Więc nie może pani się z nami zabrać, ale za chwilę zabieramy pani przyjaciółkę do najbliższego szpitala, więc może pani tam już jechać. - oznajmił. - Przepraszam. - wyminął mnie i zagłębił się w rozmowę pomiędzy dwoma policjantami i jedną pielęgniarką. 
- Dam sobie radę. Jedź do domu, zobaczymy się rano, ok? - odezwała się blondynka, a na jej słowa szybko pokręciłam głową.
- Nie! Jadę do szpitala. - szybko zaprotestowałam.
- Miley... Naprawdę nie sądzę, aby to był dobry pomysł. Odpocznij, a zobaczymy się jutro, dobrze? Dali mi zadzwonić do Chrisa, za niedługo powinien tu być, zabierzesz się z nim. - rozkazała. Nigdy nie widziałam jej takiej stanowczej, więc będąc w lekkim szoku przystałam na jej propozycję, która wcale nią nie była. 
Patrzyłam jak zamykają drzwi karetki i odjeżdżają na włączonych sygnałach, natomiast sama zaczęłam szukać samochodu Chrisa. Mogłam wziąć telefon.
Po chwili bezsensownego błądzenia po tym całym placu, na którym cały czas trwało zamieszanie, postanowiłam wrócić do domu pieszo. Było mi już obojętne, bo czułam, że przez długi czas mało co będzie mogło mnie przestraszyć. Kucnęłam, aby zawiązać buta, który już prawie spadał mi z nogi, a kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam Justina. Widząc moją minę, przygryzł wargę i wyciągnął dłonie z kieszeni, w której do tej pory je trzymał. Wstałam i otrzepałam spodnie, chciałam zawrócić. Chociaż miałam ochotę się teraz w niego wtulić i znowu poczuć się bezpieczną nie umiałam. Kolejna porcja łez zaczęła spływać mi po policzkach, a niewidzialna gula wypełniała moje gardło. 
- Miley... - usłyszałam jego ochrypnięty, a jednak taki... miękki, czuły głos, który z moim imieniem brzmiał idealnie, przynajmniej dla mnie. Zatrzymałam się i zacisnęłam dłonie w piąstki. - Miley... powtórzył, a kiedy się odwróciłam, stał już przede mną. - Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? - spytał niepewnie.
- W porządku? W porządku? - powtarzałam, kręcąc z rezygnacją głową. - Nic nie jest w porządku! Ashley jest w szpitalu, obie mogłyśmy zginąć, a ty pytasz czy jest w porządku?! - krzyknęłam, popychając go. Nie chciałam czuć jego zapachu, nie chciałam go widzieć, ani z nim rozmawiać. 
- Przepraszam, uwierz mi, że nie chciałem, aby tak wyszło. Nie miałem na to wpływu. - spojrzałam w jego zaszklone oczy i w sumie prawie uwierzyłam, że dalej jest coś... coś co nas łączy. Ale po chwili domyśliłam się, że to ja chciałam, aby tak było, mocno tego chciałam. Jednak to co się stało było nie do odwrócenia. Czasu nie cofnę, a jemu....nigdy nie zaufam. 
- Dość. Nie chcę tego słuchać. Proszę cię, odejdź i daj mi spokój. - szepnęłam, spuszczając wzrok. Głos cały czas mi się łamał, a serce waliło jak szalone. 
- Nie potrafię, Miley. Zrozum, że ja... ja... - przerwał i dotknął kciukiem mojej brody, po czym podniósł mój wzrok na siebie. - Kocham cię. - szepnął, a ja poczułam w sobie takie ciepło. Coś jakby stado motyli wypuszczono podczas pokazu fajerwerków. Słone łzy kapały z mojej twarzy prosto na jego dłoń, którą nadal podtrzymywał moją szczękę. Nachylił się i delikatnym ruchem złączył nasze usta. Serce, oddech, wszystko stanęło, a wokół nas już nic nie było. Zamknęłam oczy i choć bardzo tego nie chciałam - przerwałam pocałunek. Zrobiłam krok w tył i spojrzałam na niego, ocierając usta.
- Cześć, Justin. - wyjąkałam i lekceważąc to, że po jego twarzy spłynęła łza, obeszłam go, po czym stanowczym krokiem odeszłam. Będąc pewną, że za mną nie idzie, odwróciłam się, aby spojrzeć na niego jeszcze raz. Nie możecie sobie wyobrazić, jakie to było dla mnie cholernie trudne. 
- Pan Justin Bieber? - do szatyna podszedł ten sam policjant, co jakiś czas temu w magazynie do mnie.
- Tak. - kiwnął głową, przecierając oczy. 
- Pójdzie pan ze mną. - powiedział stanowczo, po czym spiął jego dłonie kajdankami i odprowadził. Nie chciałam, aby trafił do więzienia. Nie wiedziałam, co zrobił, ale nie chciałam tego. Dalej do niego coś czułam...
"Kocham cię" - przeszło kolejny raz przez moją głowę.
- Miley, chodź. - zjawił się obok mnie Chris. Nie mógł przyjść wcześniej?! Bez słowa wtuliłam się w niego i weszłam razem z nim do czarnego audi. - Zawiozę cię do domu. - oznajmił i odpalił silnik, po czym odjechał. 
Zaczęło padać, a drobne krople deszczu spływały po szybie. Czułam się jak w jakimś kiepskim teledysku. Ja cała zapłakana, w drogim samochodzie podczas deszczu jadę w nocy po oświetlonym mieście. Nawet nie czułam, jaka jestem zimna i roztrzęsiona, dopóki ręka Chrisa nie spoczęła na moich splecionych dłoniach. - Wszystko będzie dobrze. - uśmiechnął się lekko. Niestety, ja nie mogłam odwzajemnić tego gestu. 


~~~~~TYDZIEŃ PÓŹNIEJ~~~~~~


Usiadłam na kanapie obok Ashley i położyłam między nami popcorn. Znów spojrzałam na jej nogę owiniętą bandażem, przez co moje ciało zesztywniało. 
- Miley, wszystko w porządku, naprawdę. - uśmiechnęła się i powtórzyła regułkę, której używała już kilkakrotnie. Skinęłam głową i włączyłam telewizor, na programie z całodobowymi wiadomościami. 
- Wreszcie zapadł wyrok na Justina Biebera, członka jednego z najniebezpieczniejszych nowojorkich gangów. - oznajmiła reporterka, przez co Ashley złapała pilot i miała przełączyć, ale szybko ją powstrzymałam. 
- Jest ok. - wymusiłam na sobie uśmiech.
- Gangster dostał wyrok dwóch lat, jako że nie udowodniono mu żadnych morderstw. Spędzi w więzieniu 24 miesiące za różne przekręty oraz kradzieże i pobicia. Sędzia złagodził jednak karę do półtora roku za to, że wydał on wszystkich swoich współpracowników. A teraz zapraszamy państwa na pogodę. - uśmiechem pożegnała widzów. Spuściłam wzrok i nie minęła sekunda, kiedy ramiona Ashley objęły mnie w silny uścisk. Uśmiechnęłam się, po czym przełączyłam na odpowiedni kanał, na którym leciał nasz ulubiony film. Jednak przez cały czas myślałam o tym wszystkim, a zwłaszcza o Justinie za kratami. Nie wiem czemu, ale miałam przeczucie, że to jeszcze nie koniec... 


c.d.n

_________________________________

MAMY KONIEC, MOI KOCHANI ;D

Tak, końcówkę spieprzyłam, ale w sumie rozdział
mi się podoba, nie jest taki zły :))
Ale to nie jest koniec bloga, zamierzam pisać drugą część :)


niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział Dziewiąty

~~~~~~~~~~MILEY

Miałam ochotę w tym momencie zapaść się pod ziemię. Po prostu zniknąć i nie wychodzić nigdy. W moim życiu zawsze szło coś nie tak, jak powinno. Poczynając od pracy, której nienawidziłam, poprzez ludzi, których poznać nie chciałam, ale kończąc na czymś, czego nigdy się nie spodziewałam. No bo kto pomyślałby, że to w jego rękach będzie spoczywało życie jednej z najbliższych osób? Nie miałam pojęcia do czego zdolni są ludzie, z którymi w tej chwili miałam do czynienia. 

- Jesteś tam? - usłyszałam rozbawiony męski głos, który w jednej sekundzie ściągnął mnie na ziemię. 
- T-tak. - wydukałam szybko, a w odpowiedzi dostałam tylko głośny śmiech. On się śmiał... jego naprawdę to bawiło. Owszem, bałam się go, ale czułam do niego większy wstręt niż strach. Nie lękałam się śmierci. Wręcz przeciwnie. Nieraz zastanawiałam się, jak umrę. Może to dziwne, ale bardziej przerażająca wydaje mi się śmierć drugiej osoby, niż własna. 
- Jest Justin? - to pytanie... Skąd on znał Justina i skąd wiedział, że on tu mieszka. Poczułam jak kropelki potu spływają po moich skroniach. Mój oddech był teraz zupełnie poza kontrolą, tak samo jak bicie serca. 
- Co? - wyrzuciłam z siebie niekontrolowanie. Mężczyzna po drugiej stronie tylko westchnął. - Co z tym wszystkim ma wspólnego Justin? - słona ciecz, zwana łzami napłynęła do moich oczu. 
- Widzę, że jednak ci nic nie powiedział. Pieprzony tchórz. - powiedział, jakby sam do siebie. Czego mi nie powiedział? Co on do cholery miał z tym wszystkim wspólnego? - Ty naprawdę uwierzyłaś w szczerą miłość, prawda? - spytał po chwili. Nie odpowiedziałam. Chyba sama przed sobą wstydziłam się tej odpowiedzi. - To żałosne. Naprawdę nie zauważyłaś, że on miał cię tylko wykorzystać? Gdyby zrobił swoją robotę, tak...jak miał zrobić, nie marnowałbym swojego czasu. - każde kolejne słowo wbijało nóż w moje serce. Zacisnęłam powieki, przez co wypuściłam łzy, które swobodnie spływały po moich gorących policzkach. Opadłam na kolana, starając się nie szlochać zbyt głośno, nie chciałam aby usłyszał jak płaczę. - Nie marz się, tylko słuchaj. - warknął.
- Ale co ja mam zrobić? - prawie krzyknęłam, ale gula która rosła w moim gardle stłumiła ten krzyk. 
- Słuchaj... zrobimy tak. - zaczął, jakby miał wszystko wypisane na kartce lub wkłute na pamięć do głowy. - Będę czekał na ciebie w starym magazynie przy północnej plaży, wiesz gdzie to jest? 
- Tak... - oznajmiłam i skupiłam się na jego dalszych wskazówkach. 
- Masz tam być punktualnie o północy z płytą. - teraz mnie olśniło. Nie zastanawiałam się nawet o co w tym wszystkim chodzi. - Jeśli spóźnisz się choć minutę... nie zobaczysz więcej koleżanki, rozumiesz? - zatrzymał się, a ja kiwnęłam głową, jakby mógł mnie zobaczyć. Pewnie domyślił się, że moja odpowiedź jest pozytywna. - Oddasz mi płytę, a ja oddam ci blondyneczkę i rozejdziemy się w pokoju. - zakończył. 
- Będę. - usłyszałam dźwięk przerwanego połączenia, więc odłożyłam telefon od ucha i położyłam go na dywanie. Roztrzęsioną ręką odgarnęłam włosy za ucho i podniosłam się.
Chwiejnym krokiem przeszłam do pokoju Justina. W mojej głowie nadal odbijały się słowa tego mężczyzny. 
"on miał cię tylko wykorzystać"
"uwierzyłaś w szczerą miłość, prawda?"
Wbiłam paznokcie w skórę dłoni. Nie chciałam o tym myśleć. Przez dwa durne zdania nie mogłam powstrzymać łez. Zwykle byłam silna. Potrafiłam powstrzymać uczucia. Smutek...żal...złość. To było coś, co trzymałam w sobie. Rzadko przejmowałam się tymi uczuciami na poważnie, a teraz uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. 
Pchnęłam drewniane drzwi, a wchodząc do pokoju, w którym spał...w którym ja z nim spałam. Przyznam, że chciało mi się rzygać. Spojrzałam na łóżko, a kiedy podniosłam wzrok zobaczył ten nasz właściwie najważniejszy pocałunek. Momentalnie poczułam pod dłońmi jego miękkie, wilgotne włosy. Na swoich ustach jego idealne wargi. Czułam się kompletnie rozbita. Ból dosłownie rozrywał mi klatkę piersiową. Pierwszy raz czułam coś takiego. 
Potrząsnęłam głową, chcąc wyrzucić z niej ten nieprzyjemny obraz. Usiadłam na łóżku, po czym opadłam na nie i zaniosłam się głośnym płaczem. Patrzyłam w sufit, a łzy spływały po mojej twarzy, jak ja teraz musiałam wyglądać. Chciałam wyrzucić z siebie to wszystko.
Po paru, a może nawet parunastu minutach rozpaczania podniosłam się. Oczy piekły mnie, a gardło bolało od głośnego płaczu. Byłam osłabiona, zrozpaczona i zupełnie zagubiona. Nie wiedziałam, co mam teraz zrobić. Usiadłam na podłodze i całkiem przypadkiem natrafiłam na torbę Justina. Wyciągnęłam ją, odsunęłam zamek i zaczęłam w niej grzebać. Po chwili znalazłam to, czego szukałam.... płytę. Włożyłam ją do kieszeni bluzy i miałam właśnie wychodzić, kiedy mój wzrok przykuło coś... Sięgnęłam po srebrny pistolet. Zacisnęłam dłoń na zimnym spuście i przymknęłam oczy. To była broń Justina. Odrzuciłam ją szybko, kiedy doszło do mnie, że mógł użyć jej do zabicia jakiejś niewinnej osoby. Bo po co mu broń... Jednak... Nie miałam pojęcia czy tamten mężczyzna mówił prawdę. Co jeśli dam mu płytę, a on zabije nas obie? Musiałam mieć jakiś plan awaryjny. Przygryzłam dolną wargę i chwyciłam broń, którą szybko schowałam do drugiej kieszeni. Zasunęłam torbę i wsunęłam pod łóżko. Miałam nadzieję, że nie będę musiała się z nim już spotkać. Nie chcę go widzieć, bo wiem, że od razu się rozkleję. Chociaż... chyba bardziej zrozpaczonej mnie zobaczyć nie można. 
Wyszłam z jego pokoju. Stresowała mnie świadomość, że mam w kieszeni coś, co może w bardzo łatwy sposób odebrać komuś życie. Mocniej zacisnęłam zęby na dolnej wardze, zatrzymałam się, przechodząc obok laptopa. Usiadłam przy biurku, zerknęłam na zegarek. Miałam jeszcze trochę czasu. Otworzyłam napęd i włożyłam do niego srebrną płytę. Odczekałam chwilę i odpaliłam program, który został zapisany na płycie. W jednym momencie wyskoczyło mi przed oczami okienko, a na samej górze widniał tytuł: HASŁA PAŃSTWOWE. Pod spodem natomiast kilkadziesiąt linijek haseł, każde wykonane z innej kombinacji cyfr oraz liter. Uchyliłam lekko usta, to faktycznie było coś... wartościowego.
Nie chciałam spotkać Justina, więc szybko podniosłam się i schowałam płytę na swoje miejsce...głęboko w kieszeni mojej bluzy. Nałożyłam na głowę kaptur i łapiąc za klucze od mieszkania, opuściłam je. Moje ręce były jak z gumy, nie mogłam palcami utrzymać klucza, a nawet trafić do zamka. Kiedy po paru nieudanych próbach udało mi się, odwróciłam się i zamarłam. Trzeba mieć naprawdę szczęście, żeby w takiej chwili spotkać kogoś, kogo nie chce się widzieć. Nawet nie wiedziałam, co mam mu teraz powiedzieć. To było dla mnie cholernie trudne, biorąc pod uwagę, że z jednej strony nie chciałam mieć z nim nic do czynienia, wręcz go nienawidziłam, ale z drugiej... zakochałam się w nim. To irytujące, że zawsze trzymałam wszystkich na dystans. Jedyną osobą, której bezgranicznie ufałam była Ashley. A teraz kocham kogoś, przez kogo moja najlepsza przyjaciółka jest zagrożona. Nie mówię, że to w pełni wina Justina, moja też.
- Idziesz gdzieś? - odezwał się. Na jego twarzy widniał uśmiech, który miałam ochotę zedrzeć wraz z tym sztucznym wyrazem troski. Naprawdę był świetnym aktorem i potrafił kłamać jak z nut. Nie odpowiedziałam, więc zaśmiał się tylko i nachylił, żeby mnie jak zgaduję pocałować. Jednak byłam szybsza i odsunęłam się na bok.  - Stało się coś? - spytał jakby nigdy nic. Chciałam się rozpłakać ze złości, ale nie mogłam. W tym momencie coś zablokowało łzy, które jeszcze parę minut wcześniej ledwo powstrzymywałam.
- Daruj sobie, wszystko wiem. - to miało zabrzmieć...groźnie, a przez to wszystko udało mi się jedynie wypuścić z siebie cichy szept. 
- Co, jak to? - widziałam w jego oczach dezorientację, bo mimo że nie chciałam na niego patrzyć... nie mogłam odlepić wzroku od tych "czekoladowych jezior". 
- Powiedz mi tylko, na ile nas wyceniłeś? - syknęłam już mocniejszym głosem. On chyba dalej nie wiedział, o co mi chodzi. Czy on naprawdę uważał, że jestem aż tak głupia? Że prędzej czy później niczego się nie dowiem? Czułam, jak moje policzki robią się czerwone ze złości. Cała się trzęsłam, a on stał tak po prostu i patrzył na mnie z wielce zdumieniem. 
- O co ci chodzi? - spytał wreszcie. Zacisnęłam dłonie w piąstki. Nie mogłam już wytrzymać, cała złość uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Krzyknęłam coś niezrozumiałego i rzuciłam się na niego, po czym zaczęłam okładać go po torsie. Chciałam pozbyć się tego uczucia, a łzy znów zaczęły spływać po moich policzkach. Czy to normalne, że pojawiają się, kiedy ich nie chcemy? - Nienawidzę cię! Nienawidzę! - krzyczałam, kiedy próbował mnie uspokoić. Zaczęłam przeklinać w myślach to, że był ode mnie silniejszy, kiedy złapał moje nadgarstki i przygwoździł mnie do ściany. Czułam wstręt, kiedy przywarł do mnie swoim ciałem. 
- Uspokój się. - szepnął mi do ucha, kładąc brodę na moim ramieniu. Nadal się wierzgałam i płakałam. Nie chciałam tego wszystkiego. Miałam ochotę, że to będzie jakiś cholerny koszmar, z którego się zaraz obudzę, zanim go poznałam. Zanim znalazłyśmy tą pieprzoną płytę. 
- Zo....staw....mnie. - syknęłam i nareszcie poluźnił uścisk, przez co udało mi się go odepchnąć. - Nie dotykaj mnie! Jesteś skurwysynem! Pieprzonym skurwysynem bez uczuć, rozumiesz?! - krzyknęłam mu prosto w twarz, którą widziałam rozmazaną przez łzy. Nie widziałam jego wyrazu twarzy, spuściłam wzrok i widziałam tylko westchnienie. Chyba wreszcie zrozumiał o co mi chodzi.
- Przepraszam... - usłyszałam jego szept, a moje nogi momentalnie się pode mną ugięły. Jednak szybko powstrzymałam to uczucie i zrobiłam krok w tył. On wiedział jak na mnie działa.... a ja musiałam się opanować. 
- Przepraszam... - powtórzyłam z uśmiechem obrzydzenia na twarzy. - Przepraszam!? - podniosłam głos. - Łatwo poszło ci owinięcie mnie sobie dookoła palca, prawda? Bardzo łatwo, ale nie martw się. Pójdę tam i oddam im tą pierdoloną płytę, a ty do tej pory masz zniknąć z mojego życia. Rozumiesz? Nie chcę cię widzieć i nie obchodzi mnie nic, po prostu spierdalaj stąd i więcej nie wracaj. - mówiłam w miarę spokojnie, drżącym głosem. 
- Miley.... zrozum, że ja musiałem. Nie wiedziałem, że.... - chciał się tłumaczyć, ale ja szybkim gestem dłoni go uciszyłam. Nie miałam ochoty na słuchanie żadnych wymówek. Nie chciałam nawet na niego patrzyć. Chciałam tylko odzyskać swoją przyjaciółkę i wrócić do dawnego życia, życia, w którym nie czułam tego bólu. 
- Dość. - warknęłam i wyminęłam go, kierując się do windy. 
- Miley! Oni cię zabiją! - złapał mnie za nadgarstek, który szybko mu wyrwałam. Co obchodziło go moje życie, które sam mi zniszczył? 
- Więc mam zostać tu i czekać, aż zrobią coś Ashley? Widzisz... nie potrafię tego zrobić. - oznajmiłam.
- Ale... - przeskoczył przede mnie.
- A teraz łaskawie zejdź mi z drogi. - syknęłam i popchnęłam go na bok, po czym szybko pobiegłam do windy. Nie chciałam, aby widział łzy, które na nowo gromadziły się w moich oczach. Szybko wcisnęłam odpowiedni przycisk i podniosłam wzrok, który napotkał Justina. Szatyn patrzył na mnie, ale nie mogłam dostrzec nic po jego minie. Dopiero drzwi zasłoniły mi jego obraz. 
~~~~~~~~~~MILEY

Stanęłam przed wielkim starym magazynem, w którym za dziesięć minut miał się zjawić nieznajomy mężczyzna z Ashley. Mój oddech cały czas był nienaturalnie szybki, a ręce pociły się od nadmiernych emocji. Czułam też w brzuchu dziwny ból, otarłam mokre policzki i ruszyłam przed siebie. Pchnęłam duże drzwi, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
Skrzywiłam się, czując zapach taniego alkoholu wymieszanego z wodą kolońską oraz dymem papierosowym. Mieszanka, której nienawidziłam. Wsadziłam dłoń do kieszeni szarej bluzy, w której od razu poczułam chłód metalowego przedmiotu, odruchowo przygryzłam wargę. Tak, byłam przerażona. W tej chwili nie mogłam być dobrej myśli, bo ja po prostu czułam, ale coś będzie nie tak. Nigdy nie znajdowałam się w takiej sytuacji i to nie tak, że kieruję się tymi głupimi serialami. To po prostu moja intuicja, wiem, że małe są szanse na to, aby wszystko poszło dobrze. I to jest przerażające.

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział Ósmy

~~~~~~~~~MILEY

Uchyliłam jedno oko, ponieważ byłam przyzwyczajona, że każdego ranka do mojego pokoju wkradają się oślepiające promienie słoneczne. Jednak tym razem wokół panował półmrok, co było miłym zaskoczeniem. Leniwie uchyliłam drugą powiekę i dopiero teraz zauważyłam, że ktoś spuścił żaluzje. Ktoś... ah tak. Spałam z Justin'em. Podniosłam się i rozejrzałam dookoła, ale nigdzie nie dostrzegłam szatyna. Ziewnęłam krótko, przejeżdżając dłońmi wzdłuż mojego ciała. Usłyszałam dźwięk otwierającej się kabiny prysznicowej, a po chwili odgłosy wody. Nietrudno przyszło mi domyślenie się, że Jus jest pod prysznicem. Niechętnie odrzuciłam na bok kremową kołdrę i ściągnęłam nogi na podłogę. Kiedy dotknęłam gołymi stopami zimnych paneli, moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. Oblizałam wargi czując jak zwykle suchość w gardle, jednak nie zauważyłam, aby w tym pokoju stało cokolwiek do picia. Westchnęłam i przeczesałam dłonią rozczochrane włosy. Nie wiem ile tak siedziałam, patrząc na pustą ścianę, którą dobrze znałam, ponieważ ten pokój kiedyś należał do mnie. 
- Dzień dobry. - podskoczyłam, słysząc dobrze mi znany, zachrypnięty głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Justina bez koszulki. Na biodrach zwisały jasne jeansy, a włosy były jeszcze mokre, przez co po jego skórze spływały kropelki wody. Wzięłam głęboki wdech i speszona spuściłam wzrok. 
- Hej. - szepnęłam, przygryzając dolną wargę. Do moich uszu doszedł cichy śmiech, przez co podniosłam spojrzenie, które napotkało uśmiechniętego chłopaka. - Co? - spytałam zdezorientowana. 
- Rumienisz się. - oznajmił, a ja szybko dotknęłam jednego policzka, które było dość ciepłe.
- Wcale nie! - prawie krzyknęłam, tupiąc jak małe dziecko. 
- A właśnie, że tak. - ponownie się zaśmiał, a ja tylko przewróciłam oczami. Patrzyłam gdzieś w bok, więc nawet nie zorientowałam się, kiedy położył swoje dłonie na moich biodrach, przez co poczułam dziwny ucisk w okolicach podbrzusza. - Miley, Miley, Miley... - powtarzał moje imię szeptem, a w jego ustach brzmiało tak... inaczej. Przygryzłam dolną wargę, wlepiając spojrzenie w podłogę. 
- Chyba powinnam... iść. - mruknęłam, kiedy staliśmy tak już dłuższy czas. Czułam się trochę niekomfortowo, ale to chyba przez to, że nie mogłam odlepić wzroku od jego torsu. Gdybym nie widziała go teraz bez koszulki, nie powiedziałabym, że jest taki umięśniony. 
- Najpierw mi coś powiedz. - uniósł lekko jeden kącik ust, czemu musiało to wyglądać tak cholernie seksownie? Czemu musiałam właśnie w tym momencie podnieść wzrok?!
- Co? - złączyłam brwi.
- Powiedz to. - nadal drażnił się ze mną i nawet nie próbował powstrzymać śmiechu, który co chwilę słyszałam tuż nad uchem.
- Ale co? - warknęłam zdenerwowana. Nie lubiłam, naprawdę nie lubiłam, kiedy ktoś tak się ze mną... bawił. To było cholernie irytujące. 
- Że mnie lubisz. - odparł tuż po chwili, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Spojrzałam na niego, jak na idiotę.
- Chyba sobie żartujesz. - mruknęłam, czując jak kolejny rumieniec wpełza na moją twarz. 
- No przecież czuję, jak się przy mnie spinasz. - oznajmił, w tym samym czasie mocniej obejmując mnie w biodrach. - Widzisz? - zaśmiał się.
- Nie wiem o czym ty mówisz. - pokręciłam głową, próbując się od niego odsunąć, jednak uniemożliwił mi to. 
- Sądzę, że wiesz. Doskonale wiesz, więc po prostu to powiesz. - przejechał zębami po dolnej wardze, a ja czułam, że robi to specjalnie, to było oczywiste.
- A nawet jeśli, to co? - spytałam, przewracając oczami. 
- To normalne. 
- Więc... Może cię... lubię. - wydukałam, odwracając wzrok. Czułam jak się uśmiecha, przez co również uniosłam kąciki moich ust. Ujął moją brodę i zmusił mnie do spojrzenia na siebie. Nie opierałam się, więc od razu złączył nasze usta, a "banan" nie schodził z jego twarzy nawet przy pocałunku. Prawą dłoń nadal trzymał na mojej twarzy, natomiast lewą lekko zsunął tak, że teraz graniczyła na linii plecy-tyłek i pewnym ruchem przycisnął mnie do siebie. Niekontrolowanie wydobyłam z siebie mruknięcie, kiedy znowu poczułam te pieprzone motylki. - Może lubię cię... - powiedziałam łamiącym się głosem, kiedy przerwał pocałunek. - Trochę... - dodałam z chytrym uśmieszkiem, a kiedy po cmoknięciu mnie w nos, wreszcie mnie puścił, wzięłam głęboki wdech i odeszłam bez słowa. 

~~~~~~~~~~JUSTIN

Odwróciłem się, patrząc jak wchodzi do łazienki, a kiedy usłyszałem, jak wchodzi pod prysznic, wiedziałem, że trochę jej to zajmie. Nie miałem czasu, więc dalej z moim uśmieszkiem zacząłem się rozglądać po pokoju. Musiałem to dzisiaj znaleźć, no nie mogłem teraz wszystkiego spieprzyć. Uderzając językiem o podniebienie, jak to miałem w zwyczaju, najpierw sięgnąłem do torebki Miley, którą nie wiem z jakiego powodu, przyniosła tutaj. Przeglądałem dokładnie każdą kieszeń, których było sporo. Słysząc, jak drzwi kabiny się odsuwają, przyśpieszyłem z przeszukiwaniem torebki. Kiedy już traciłem nadzieje, że coś tu znajdę, zobaczyłem płytkę w plastikowym opakowaniu. Od razu je poznałem i szybko wyciągnąłem, chowając za siebie. W momencie, w którym brunetka weszła do pokoju, odłożyłam torebkę na miejsce. Stała przede mną bez słowa, ale widziałem na jej twarzy zadowolenie. Nie miałem wątpliwości, że to przeze mnie. Włosy spięła w koka, wykonała lekki makijaż, który jak dla mnie i tak był jej zbędny. Nałożyła na siebie czarne rurki i kremową koszulkę na ramiączkach oraz jeansową kamizelkę. Sięgnąłem po koszulkę, która leżała na łóżku i przełożyłem ją przez głowę, zakrywając ciało. 
- Em... - Miley mruknęła, przez co zerknąłem na nią. - Chcesz coś na śniadanie? - spytała, przygryzając wnętrze swojego policzka. 
- Jasne. - podszedłem do niej. - Zjem cokolwiek zrobisz. - oznajmiłem, całując ją w kącik ust. Zaśmiała się, na co lekko zmarszczyłem nos. - Huh?
- A wiesz, do czego się właśnie zobowiązałeś? - spytała, a w jej oczach dało się wykryć spore rozbawienie. Lekko skinąłem głową.

~~~~~~~~~~MILEY

Przerzuciłam kolejny raz naleśnika i posłałam dziewczynce siedzącej naprzeciw lekki uśmiech,który odwzajemniła. Justin stał na przedpokoju i prowadził z kimś zawziętą dyskusję przez telefon, której nawet nie próbowałam podsłuchiwać. Nie wiem nawet czy dałabym radę. W czasie, kiedy przekładałam naleśniki na talerz, on zdążył już usiąść obok. Zaśmiałam się, widząc jak niemal ślini się do jedzenia, kiedy polewałam wszystko syropem. 
- Julia, powiesz nam, gdzie mieszkają twoi dziadkowie? Po śniadaniu ja i Justin zawieziemy cię do domu, dobrze? - spojrzałem na nią niepewnie. Usłyszałam, jak przełyka ślinę. Nie chciałam jej do niczego zmuszać, ale powinna już wrócić do domu, ponieważ jej dziadkowie na pewno odchodzili od zmysłów.
- Dobrze. - odpowiedziała dopiero po chwili, przez co nieco się uspokoiłam. Jej usta wygięły się w smutnym uśmiechu. Justin chyba to zauważył, bo poklepał ją po ramieniu.
- Wszystko będzie w porządku. Po drodze wstąpimy po lody, co ty na to? - spytał, a ja nadal nie mogłam uwierzyć, jakim cudem ma taki dobry kontakt z dziećmi.
Po śniadaniu wszyscy ubraliśmy się i opuściliśmy mieszkanie, po czym zgodnie ze słowami Jusa pojechaliśmy do cukierni. Nie sądziłabym, że taka mała istotna, jak Julia może pochłonąć taką ilość słodkości na raz. Cóż, widocznie każdy może czymś zaskoczyć. Jednak kiedy powiedziałam, że czas się zbierać... jej uśmiech znikł. Szatyn też zdawał się przygasnąć, ponieważ przez całą drogę nie odezwał się nawet słowem.
Okazało się, że dziadkowie Julii mieszkają w dość bogatej dzielnicy. Rozglądałam się dookoła. Nie myślałam, że takie dziecko może zechcieć opuścić takie miejsce. Wokół było mnóstwo placów zabaw, na których szalały dzieciaki w wieku brunetki. Mogłoby zdawać się, że nikt nie chciałby stąd uciekać... jednak kiedy ktoś przeżyje coś takiego, już nic się nie liczy. Wiesz, że więcej nie zobaczysz osoby, którą tak bardzo kochasz. Zerknęłam na Justina i z niewiadomej przyczyny poczułam w brzuchu ukłucie. Był skupiony na szukaniu odpowiedniego domu. Jego szczęka była mocno zaciśnięta, tak samo jak ręce na  czarnej kierownicy. 
- To... tutaj. - usłyszałam cichy głos dziewczynki, a po chwili samochód zatrzymał się obok kremowego domu z pięknym, zielonym ogrodem. Złapałam ją za rękę i zaczęłam iść w stronę drzwi wejściowych. Justin cały czas szedł za nami, a kiedy zerknęłam na niego przez ramię, zerkał na Julię z lekkim uśmiechem. Zapukałam lekko w białe, duże drzwi, które od razu otworzyła starsza kobieta o siwych włosach. Ubrana była w granatowy sweter, pod którym miała białą koszulę oraz kremową spódnicę, która idealnie pasowała do tegoż samego koloru butów. Kiedy spojrzałam na jej twarz, dostrzegłam liczne zmarszczki oraz łzy w piwnych oczach. Z początku przyglądała mi się na chwilę, a z chwilą kiedy dostrzegła brunetkę, niepewnie wychylającą się zza moich pleców, zamarła.
- J-Julia? - wyjąkała, zniżając się do poziomu dziewczynki. - Julia. - dodała pewniej i głośniej, po czym objęła wnuczkę, która powoli rzuciła się w jej ramiona. - Boże. - szepnęła, co brzmiało nieco niewyraźnie, przez to, że twarz miała zatopioną w gęstych włosach. 
- Dzień dobry. - odezwałam się dopiero po chwili, przerywając tym samym ciszę, która panowała wokół. Kobieta podniosła wzrok, a po jej policzkach spływały łzy, jednak byłam całkowicie pewna, że to łzy szczęścia. Szybko je otarła i wyciągnęła do mnie dłoń.
- Dzień dobry. Eliza Johson. - wymieniłyśmy się uściskiem dłoni oraz uśmiechami.
- Miley Cyrus. Jest pani babcią Julii. - bardziej oznajmiłam, niż zapytałam. Kobieta skinęła lekko głową, przenosząc swój wzrok na dziewczynkę. 
- Tak. - odezwała się dopiero po jakimś czasie. - Wejdziecie? - zerknęła na Justina, który stał ze wzrokiem wlepionym w szary chodnik. 
- Jasne. - odparłam, po czym weszłam do środka. Wszystko wokół było jasne, co dodawało pomieszczeniu świeżości. Pani Johson musiała nie pracować, ponieważ dom był strasznie zadbany, więc musiała mieć na to sporo czasu. Przeszliśmy do salonu, po czym usiedliśmy na kremowej sofie, kiedy Eliza wyszła do kuchni po coś do picia, a gdy wróciła, usiadła na brązowym fotelu i przyglądała się nam w ciszy, pijąc jak zgaduję herbatę. 
- Mogę wiedzieć, jak znaleźliście moją wnuczkę? - usłyszałam jej ochrypnięty głos, kiedy odłożyła na szklaną ławę filiżankę. Spojrzałam na Justina, który tylko wzruszył ramionami, więc wiedziałam, że to ja będę mówiła. Bez dłuższego owijania w bawełnę zaczęłam tłumaczyć kobiecie, gdzie i w jakich warunkach znalazłam Julię, na co ona szeroko uchyliła usta. Zatrzymałam się, zanim chciałam powiedzieć jej, jak bardzo nie chce tutaj przebywać. Wiedziałam, że tak naprawdę chciała. Po prostu nie była przyzwyczajona do... innego trybu życia. Kiedy skończyłam moją dość długą wypowiedź, pani Eliza po prostu wstała i objęła mnie, cicho łkając w moje ramię. Nienawidziłam, kiedy ktoś płakał przy mnie. Moje serce od razu się kurczyło i czułam ten nieprzyjemny uścisk w brzuchu. Pogłaskałam ją po plecach. 
 Po wypiciu herbaty i zjedzeniu masy ciasteczek, przez które czułam się co najmniej 10 kg cięższa, opuściliśmy posiadłość państwa Johson. Justin zasiadł na miejscu kierowcy, a ja tuż obok niego na siedzeniu pasażera. Cały czas był cichy i przygaszony. Irytował mnie swoim zachowaniem, a zwłaszcza tą nienaturalną wręcz pewnością siebie, ale teraz denerwował mnie jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, dlaczego tak jest, więc po prostu nic nie mówiłam... Jadąc autostradą włączyłam radio, a kiedy usłyszałam ulubioną piosenkę, kąciki moich ust uniosły się ku górze. - Rety, kocham to. - zaśmiałam się, pogłaśniając na maksa. 
- Ja też. - usłyszałam ochrypnięty głos szatyna. Zerknął na mnie i uśmiechnął się lekko, po czym wrócił do patrzenia na jezdnię. Przełknęłam ślinę i zaczekałam chwilę, po czym odezwałam się niepewnie.
- Stało się coś? - spytałam, wlepiając wzrok w stale zmieniający się obraz za oknem. 
- O co dokładniej ci chodzi? - mruknął, a ja przewróciłam oczami, a wraz z tym wydałam z siebie ciche westchnienie.
- Jesteś... inny. Jakiś taki smutny. - oznajmiłam, przygryzłam mocno dolną wargę. 
- Zdaje ci się. - uśmiechnął się. Spytacie teraz, skąd to wiem, skoro patrzę w szybę? To oczywiste. Justin mówi zupełnie inaczej, kiedy się uśmiecha, a zupełnie inaczej, kiedy się... Nie uśmiecha. 
- Doprawdy? - przeniosłam na niego wzrok i nie myliłam się. Jego usta wykrzywione były na kształt banana, który znikł, kiedy obdarzyłam go poważny spojrzeniem.
- Tak. - położył swoją dłoń na mojej, którą trzymałam na fotelu. - Nigdy bym cię nie okłamał. - jego twarz ponownie się rozpromieniła, aby szybko zbliżyć się do mojej. Poczułam tylko muśnięcie jego warg o mój policzek. Skinęłam głową, a w środku zrobiło mi się tak jakoś cieplej. Lubiłam słyszeć coś takiego, ponieważ strasznie nie lubię kłamstwa. 

~~~~~~~~~~MILEY

Słysząc dźwięk dzwoniącego telefonu, szybko złapałam za komórkę i odebrałam połączenie. Z telefonem przy uchu usiadłam na fotelu, a na dźwięk głosu mojej przyjaciółki, od razu się rozweseliłam. 
- Cześć Miley. - przywitała się.
- Cześć, co tam u twojej siostry? Wiesz już o co chodzi? - spytałam. Naprawdę przejmowała się tą sprawą, ponieważ Becky także traktowałam jak siostrę. Kiedy mieszkałyśmy jeszcze w rodzinnym miasteczku, zawsze wychodziła gdzieś z nami. Nie była jak te siostry, które donoszą na ciebie o wszystkim. Wręcz przeciwnie... Kiedy była potrzeba, Becky kryła nas na wszelki sposób. Sądzę, że nawet teraz byłaby w stanie wymyślić jakąś wymówkę, aby uratować nas od kłopotów. 
- Jest ok. To nic... poważnego. Jednak cieszę się, że przyjechałam. - odparła.
- Faktycznie... Dawno nie odwiedzałaś rodziny. Coś się zmieniło? - nadal zadawałam pytania. Nie sądziłam, że jestem taka ciekawska. 
- Oprócz remontu... w sumie nic. - zachichotała, w czym jej zawtórowałam. Mama Ashley to była bardzo... zdecydowana kobieta. Wiedziała czego chcę, zawsze musieliśmy się jej podporządkować, ale była w porządku. Można było z nią pogadać, zawsze coś doradziła. - A co w Nowym Jorku? Co u cieb...was? - poprawiła się, a ja ponownie się zaśmiałam.
- Jest ok... Nawet bardzo ok. - oznajmiłam, a przypominając sobie sytuację z rana... poczułam jak moje policzki stają się cieplejsze. 

-[...]Może cię... lubię. - przeszło mi przez głowę, a głos blondynki "sprowadził mnie na ziemię".

- Miley... Co masz na myśli, mówiąc 'bardzo ok'? - spytała podejrzliwym głosem, a ja mimowolnie przewróciłam oczami. 
- No jest... ok. Co mogę ci powiedzieć? - spytałam, choć wiedziałam, że to jej nie wystarczy.
- Czy stało się coś, o czym nie wiem? - cała Ashley. Lubi wszystko kontrolować, jestem pewna, że ma to po mamie.  - Mileyyyyyyyy, czy ty i Justin. - pisnęła, kiedy nie odpowiadałam na poprzednie pytanie.
- Nie! - od razu zaprzeczyłam i mimo że mnie nie widziała, zaczęłam jak idiotka kręcić głową. 
- Oh! Więc mów. - jęknęła zniecierpliwiona. 
- No... spałam z nim... w jednym łóżku. No i rano powiedziałam, że go lubię... i teraz jest jakoś inaczej. - mruknęłam niepewnie. Wiedziałam, że gdzieś w domu jest Justin, a niezbyt chciałam, aby to usłyszał.
- Iiiiiiiip! - usłyszałam pisk, przez który odsunęłam telefon od ucha. - To świetnie! - ponownie usłyszałam jej podwyższony głos.
- Uspokój się. - zachichotałam. Nie wiedziałam, że tak na to zareaguje. Cóż... Ashley potrafi zaskakiwać.
- Więc... To już na pewno? - szepnęła, jakby nie chciała, aby ktokolwiek ją usłyszał. 
- Tak mi się wydaje. - wzruszyłam ramionami. - Ale wiesz... Ja tam mało wiem o związkach, więc mogę się mylić, ale... - zaczęłam, jednak nie zdążyłam dokończyć.
- Nie ma żadnego 'ale'! - krzyknęła. - Muszę już iść, ale zadzwonię potem, wszystko mi dokładnie opowiesz. - zaśmiała się cicho.
- Gdzie idziesz? Jest późno. - zmartwiłam się. Była 22:46, a w miasteczku, z którego pochodzę... Cóż. Nie oszukujmy się. Nie jest to najbezpieczniejsza okolica. 
- Daj spokój. Lecę, pa! - usłyszałam sygnał przerwanego połączenia, więc przygryzając wolną wargę, odłożyłam telefon na stół. 

~~~~~~~~~~JUSTIN

Włożyłem na siebie bluzę, po czym wyszedłem z sypialni. W salonie zastałem Miley. Uśmiechała się słodko i z niewiadomych przyczyn była lekko zaczerwieniona, co szczerze mówiąc dodawało jej uroku. W dłoniach trzymała kubek z herbatą, a jej nogi opierała o oparcie fotela, na którym siedziała. Podszedłem do niej i starając się nie zwrócić na siebie jej uwagi, przysunąłem twarz do jej szyi, po czym krótko ją pocałowałem. Podskoczyła, co wywołało, że na mojej twarzy pojawił się szeroki, rozbawiony uśmiech. Kiedy odwróciła się i zobaczyła, że to tylko ja, jak zwykle przewróciła oczami i wróciła do poprzedniej pozycji. Położyłem brodę na jej ramieniu, objęła moją szyję rękami odchylając głowę w bok. Zacząłem całować ją po szyi, czułem jak staje się bardziej rozluźniona, a zarazem spięta. Ostatni raz pocałowałem ją w brodę i odsunąłem się od niej, przez co zauważyłem na jej twarzy grymas. Ponownie się uśmiechnąłem.
- Idę... pobiegać. - zmyśliłem na poczekaniu, dobrze, że ubrałem dresy. 
- Oh, może pójdę z tobą. - już wstawała, ale ja szybko pokręciłem głową. 
- Nie, nie! - szybko zaprotestowałem. - Znaczy się... muszę jeszcze załatwić parę spraw i na pewno zejdzie mi nad tym długo, a nie chcę, abyś sama wracała do domu. - wytłumaczyłem się i chociaż wiedziałem, że to jej nie zadowala, domyślałem się także, że odpuści sobie dalsze dopytywanki. Skinęła tylko głową i wróciła do pozycji, w której ją tutaj zastałem. 
- W porządku. Uważaj na siebie. - mruknęła tylko, a ja w odpowiedzi pocałowałem ją krótko w usta. - Miłego biegania! - krzyknęła jeszcze zanim wyszedłem. 
- Cześć. - odparłem i wyszedłem z mieszkania.
Wchodząc w znajomą uliczkę, narzuciłem na głowę kaptur, a widząc jego, na mojej twarzy pojawiło się obrzydzenie. Nienawidziłem James'a. Nienawidziłem, kiedy ktoś kazał mi robić coś, na co ochoty w ogóle nie miałem, a on wydawał mi tylko takie polecenia i nie trudno idzie zgadnąć, że na złość. - Justin... - zaczął, uśmiechając się sztucznie. - Jak miło cię widzieć. - wystawił w moją kierunku dłoń, którą po dłuższej chwili uścisnąłem. - Masz to, o co cię prosiłem? - spytał, poprawiając kapelusz, który znajdował się na jego półłysej głowie. - Jeśli tak, to świetnie. Daj mi ją... Wymyśl jakąś dobrą bajeczkę, żeby ta suka więcej się do ciebie nie zbliżyła. - syknął, a ja tylko zacisnąłem szczękę. Nie chciałem z tego rezygnować. Nie myślałem, że tak polubię Miley... 
- Nie mam jej. - mruknąłem, ledwo słyszalnie. 
- Co? - warknął, zbliżając się do mnie, przez co ja zrobiłem krok w tył. - Jak to nie masz?! - krzyknął, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że wokół jednak mieszkają jacyś ludzie.
- No kurwa normalnie, N I E  M A M. - przeliterowałem, czym chyba nieźle go zdenerwowałem, chociaż on cały czas chodzi podirytowany. 
- Jaja sobie ze mnie robisz?! Mówiłeś, że ją masz, więc teraz nie pierdol, tylko oddawaj mi tą zasraną płytę! - cały już wrzał. W sumie nie rozumiałem, czemu ta płyta była taka ważna. Nigdy nie zagłębiali mnie w swoje plany, ja byłem od brudnej roboty, co zaczynało mi się coraz bardziej nie podobać. 
- Jednak to... nie była ta. - wzruszyłem ramionami. Nawet nie zorientowałem się, kiedy dostałem w twarz. Mężczyzna popchnął mnie i przygwoździł do muru. 
- Nie podoba mi się to, Bieber. - syknął mi prosto w twarz, od razu poczułem zapach drogiego alkoholu i dymu papierosowego.
- Cóż... Nic nie mogę zrobić. - syknąłem, po czym odepchnąłem go ode mnie. Chyba zapominał, że ja jestem od niego młodszy, a on już nie jest taki silny. 
- Jesteś pewien, tak? - założył ręce na piersi, a kiedy skinąłem głową, po prostu odszedł. Pokręciłem z nie do wierzeniem głową i zacząłem biec w stronę powrotną, aby sprawiać przynajmniej wrażenie, że biegałem. 

~~~~~~~~~~MILEY

Wyszłam z łazienki, a moje włosy były jeszcze wilgotne. Co chwilę przeczesywałam je palcami, idąc w stronę kuchni. Mikrofalówka wydała dźwięk, co oznaczało, że moje danie jest już ciepłe. Otworzyłam drzwiczki i wyciągnęłam pizzę na talerz, po czym usiadłam na wysokim krześle przy blacie. Mruknęłam coś pod nosem, kiedy mój telefon ponownie się odezwał, ale uśmiech zastąpił grymas, kiedy zobaczyłam, że dzwoni Ashley. Szczerze mówiąc, to nie byłam pewna, czy jeszcze dziś zadzwoni, ale widocznie mówiła na poważnie, więc bez jakichkolwiek niepewności przesunęłam palcem po wyświetlaczu telefonu i przyłożyłam go do ucha. 
- Zapomniałaś o czymś, nie powinnaś już spać? - zaśmiałam się, biorąc do rąk pizzę i ugryzłam mały kawałek. 
- Miley... Pomóż mi. - niemalże wyplułam całą zawartość swojej buzi, słysząc zapłakany głos przyjaciółki. 
- Ashley?! - pisnęłam, wycierając chusteczką usta. Na początku pomyślałam, ze z jej siostrą znowu coś nie tak, ale to uczucie było czymś zupełnie błahym w porównaniu, do lęku, który mnie opanował, kiedy usłyszałam po drugiej stronie męski głos. Co gorsza, znany męski głos. 

- Boisz się? - usłyszałam po drugiej stronie, a moje ciało przeszedł zimny dreszcz, przełknęłam ślinę. 

- Witaj Miley. - momentalnie podniosłam się z krzesła i uderzyłam plecami i lodówkę, która stała za mną. - Jest ze mną twoja przyjaciółka. - oznajmił ochrypłym głosem. To było głupie, biorąc pod uwagę, że właśnie przed chwilą z nią rozmawiałam, ale w tej chwili nie było mi do śmiechu, zupełnie nie było.